piątek, 17 listopada 2017

Rewelacyjny debiut: "Gwiazdy, które spłonęły" Melissa Falcon Field.

"Wciągająca opowieść o tym, jak mała iskra w życiu kobiety
może wzniecić prawdziwy pożar"



Claire Spruce jest idealną żoną i dobrą matką. Niestety, pod pozorem przykładnej kobiety z przedmieścia nie kryje się za dużo dobrego... Jej życia z pewnością nie można określić jako bajki. Wraz z mężem długo starali się o dziecko. Kiedy w końcu udało im się spełnić niegdyś nieosiągalne marzenie, okazało się, że szczęście dla Claire długo trwać nie będzie. W związku z pracą Milesa, małżeństwo zmuszone było zmienić miejsce zamieszkania. Kobieta z trudem zostawiła za sobą ukochane tereny i wymarzoną pracę. Nowy dom nie cieszył jej tak samo, jak poprzedni. Niekończąca się zima doprowadzała ją do obłędu, a Miles, pracoholik nieumiejący oddzielić życia prywatnego od obowiązków służbowych, rozczarowywał ją z dnia na dzień coraz bardziej. Negatywne myśli i odczucia nieustannie pojawiały się w jej głowie. Nic więc dziwnego, że gdy na Facebooku odezwał się do niej Dean, stara miłość z liceum, Claire szybciej zabiło serce. Wspomnienia dawnych czasów z byłym ukochanym oraz brak zainteresowania ze strony męża popchnęły ją do podjęcia decyzji o... spontanicznej ucieczce z Deanem. Niestety, powrót mężczyzny z przeszłości nie był przypadkiem, a decyzja ta pociągnie za sobą pewne konsekwencje.


"Czy niewinny internetowy flirt może zniszczyć przykładną rodzinę?"

"Gwiazdy, które spłonęły" bezapelacyjnie trafiają na półkę moich ulubionych powieści. Przyznam szczerze, że na początku oczekiwałam nieco większego BUM. Myślałam, że trafiłam na inną historię, w której będą szaleć romantyczne uczucia. Pierwsze strony nieco mnie rozczarowały, ale chwilę potem zrozumiałam, że przede mną leży kawał dobrej powieści. Melissa Falcon Field stworzyła wspaniałą, choć poniekąd przygnębiającą lekturę, z niebanalną fabułą i rewelacyjnie wykreowanymi bohaterami, których mogłabym określić jako jeden z najlepszych i najmocniejszych elementów zawartych na kartach powieści.

Cała historia przedstawiona jest z punktu widzenia głównej bohaterki. Uwielbiam pierwszoosobową narrację, za każdym razem, gdy autor stosuje ten zabieg, o wiele intensywniej zżywam się z bohaterem i bardziej rozumiem motywy jego postępowania. Do gustu przypadło mi zgrabne wplecenie wydarzeń z przeszłości między wątkami rozgrywającymi się w teraźniejszości.

Z Deanem nie było tak, że Claire od razu chciała wskoczyć mu w ramiona. Kobieta próbowała odbudować to, co było niegdyś między nią, a jej mężem. Niestety, starania te szły na marne. Miles albo nie zauważał jej inicjatywy, albo gonił za pracą. Myślę, że nikt nie wytrzymałby takiej sytuacji na dłuższą metę. Co więcej, przeszłość Claire nie była łatwa. Każdy w związku potrzebuje troski, uwagi ze strony drugiej osoby, ciepła, a przede wszystkim MIŁOŚCI. Moim zdaniem Claire popełniła błąd nie wykładając przed Milesem uczuć, które w niej buzowały, żalu, który był spowodowany zapracowaniem męża...

"Gwiazdy, które spłonęły" to wyjątkowa powieść obyczajowa z przesłaniem. Dostarcza takich emocji, że z pewnością długo o niej się nie zapomni. Nie brakuje w niej elementów zaskoczenia. POLECAM!



Za egzemplarz recenzencki "Gwiazdy, które spłonęły"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 16 listopada 2017

Kartka z pamiętnika #5.

Hej Misiaki! Dziś przybywam do Was z totalnie luźnym wpisem :). Mój kalendarz nieustannie zapełniony jest różnymi sprawami. Często brakuje mi takiej zupełnie wolnej chwili, tylko ja i moje zachcianki. Zazwyczaj po pracy przygotowuję lub odgrzewam obiad, sekunda odpoczynku na kanapie i nagle zapadam w objęcia Morfeusza. Godzina lub dwie snu mijają, robi się już niestety ciemno i co? Nagle okazuje się, że trzeba posprzątać, zrobić pranie, pojechać do sklepu... Na szczęście nie zawsze, bo nie wiem, kiedy w takim razie czytałabym książki, pisała bloga i prowadziła towarzyską część życia :). Jakiś czas temu poczucie potrzeby zrobienia czegoś dla siebie przezwyciężyło wszelkie inne przyjemności i obowiązki. Udaliśmy się na mały shopping. Dwa razy - rozłożyliśmy to na raty. Spędzanie całego dnia w galerii nam się nie uśmiecha, dlatego jednego razu w tygodniu odwiedziliśmy część sklepów, a w weekend dokończyliśmy na spokojnie łowy. Zakupy mieliśmy raczej zaplanowane, czasem zdarza nam się przeglądać strony sieciówek (głównie dotyczy to mojej osoby :D), wyłapujemy interesujące nas ubrania i potem wybieramy się do sklepu. Oczywiście zawsze liczymy się z tym, że nasze oko może wyłapać dodatkowo coś na miejscu, a dzieje się tak często. To co? Zaczynamy!

DZIAŁ DAMSKI

1. CZAPKI - DIVERSE - w myśl zasady "Nie umiesz się zdecydować? Weź obie!" stałam się posiadaczką dwóch czapek z pomponem. Są to moje pierwsze czapki od... bo ja wiem, podstawówki? Nigdy nie byłam fanką noszenia czegokolwiek na głowie, no, poza kapturem, bo jednak bywają naprawdę srogie temperatury i bez ochrony głowy długo bym nie pociągnęła. Na starość coś w tej głowie się człowiekowi przestawia, czego dowodem było moje postanowienie - KUPIĆ CZAPKĘ! Tego, że ze sklepu wyjdę z dwiema sztukami, raczej nikt by się nie spodziewał. A jednak! Skusiłam się na szarą oraz czarną z jasnym pomponem, każda z nich będzie pasować do innej z moich kurtek. W dodatku na drugą sztukę dostałam 50% rabatu, więc wiecie, szaleństwo usprawiedliwione.


2. BLUZA - DIVERSE - oj, jak mnie urzekła ta bluza, no mówię Wam! Chyba pierwsze, co zrobiłam po wejściu do sklepu, to ekspresowe udanie się na dział damski i szukanie tego wymarzonego ciuszka. Bluzę dorwałam z pierwszej wyprzedaży (teraz w salonach jest już druga).


3. SUKIENKA  - ORSAY - wybrałam się po dwie, wyszłam z jedną. Pierwszej w sklepie nie było, druga zaś została tylko jedna. Celowałam w rozmiar 38 (tak sugerował mi test na stronie sieciówki :D), ale okazało się, że w sklepie była tylko 36... Pomyślałam "Nie no, tragedia, na bank nie wejdę", powiedziałam zaś do sprzedawczyni, która pomogła mi kieckę odszukać, radosne "Super! Idę przymierzyć". No i okazało się, że naprawdę jest SUPER. 


4. BUTY - DEICHMANN - trapery chodziły za mną od dawna. W tych, które kupiłam, zakochałam się od pierwszego spojrzenia na ekran laptopa. Buty idealne. Niestety, ich zakup nie był tak idealny. W pierwszym sklepie brakowało mojego rozmiaru na półce. Na sklepie był, ale w rękach innej dziewczyny. Pojechaliśmy więc do innych salonów i w końcu w jednym bez problemu dobrałam trapery. 



DZIAŁ MĘSKI

1. KURTKA  - DIVERSE - Adam chorował na skórę już jakiś czas. Potem rozglądał się także za imitacjami. Zakupy ciągle się nie udawały, bo nie mogliśmy znaleźć nic takiego, w czym wyglądałby "OCH I ACH". W końcu trafiliśmy na kurtkę idealną, również pod względem cenowym - 20% rabatu zawsze cieszy :). 


2. SPODNIE - DIVERSE - nie wiem jak to się dzieje, ale kiedy ja cierpliwie szukam spodni, nic mnie nie urzeka, a kiedy Adam tego nie robi, nagle przypadkiem znajduje coś dla siebie. A właściwie to paradoksalnie ja mu znajduję. Na pierwszą parę przypadło nam 40% rabatu.



3. SWETER - DIVERSE - to była moja miłość od pierwszego wejrzenia. Ujrzałam go zaraz na wejściu i wiedziałam, że Adam musi przymierzyć ten ciuch. Sweter pasował kapitalnie, a to oznacza tylko jedno - idziemy do kasy!


Poniżej skompletowałam odnośniki do przedstawionych ubrań dostępnych jeszcze na stronach www sklepów. Dajcie koniecznie znać, czy coś Wam wpadło w oko :). Buziaki, Karolina.

Czapki - KLIK, KLIK.
Sukienka - KLIK.
Buty - KLIK.
Kurtka - KLIK.
Spodnie - KLIK, KLIK.
Sweter - KLIK.

środa, 15 listopada 2017

Ranczo Staffordów: "Z powrotem w siodle" Ruth Logan Herne.

Moi Drodzy Czytelnicy! Macie może ochotę na piękną historię z przesłaniem? Myślę, że przygotowałam dziś dla Was pozycję odpowiednią. Zapraszam na recenzję powieści "Z powrotem w siodle", otwierającą cykl "Ranczo Staffordów" autorstwa Ruth Logan Herne.



Colt Stafford to najstarszy syn legendarnego ranczera. W młodości podjął decyzję, aby opuścić rodzinny dom i w pogoni za karierą wyjechać do Nowego Jorku. Obiecująca przyszłość na Wall Street okazała się być tylko kruchą wizją, bowiem Colt przez manipulacje giełdowe został bez grosza przy duszy. Po kilku latach nieobecności mężczyzna postanowił wrócić na rozległe tereny Double S. W domu czeka na niego niecodzienne powitanie - obca kobieta mierząca w jego plecy bronią! Okazuje się, że piękną nieznajomą jest nikt inny, jak nowa gospodyni, którą zatrudnił ojciec Colta. Mężczyzna zaczyna dostrzegać w kobiecie coś więcej, coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka pod twardą osłoną. Zaintrygowany postanawia dociec, co kryje w sobie Angelina Morales. Nie będzie to takie proste, bowiem w rodzinnych stronach na Colta czeka jeszcze kilka innych wyzwań...

"Z powrotem w siodle" to kolejna pozycja od Dreams Wydawnictwo, którą pokochałam. Colta początkowo nie darzyłam wielką sympatią. Facet porzucający dom dla kariery? Ok, czasem człowiek musi wyjechać za zarobkiem, jednak ważne, by utrzymywać z bliskimi kontakt. Colt tego nie uczynił, do rodziny w ogóle nie zaglądał. Dopiero bankructwo spowodowało, że trzydziestokilkuletni mężczyzna postanowił wrócić do domu niczym syn marnotrawny. Potem jednak coś się zmieniło w moim postrzeganiu tej postaci. Colt z człowieka żyjącego karierą staje się mężczyzną, który ponownie wkracza w "tryb ranczo". Wraca do ciężkiej pracy i przede wszystkim do ludzi, którzy są mu tak naprawdę najbliżsi. Colt zaczyna więcej rzeczy doceniać, zmieniają się jego wartości, przechodzi wewnętrzną przemianę... Dorasta.

Osobą, która także zmienia swoje życie, jest Angelina Morales. Młoda kobieta niegdyś była policjantką, teraz została gosposią. Tajemniczą i intrygującą gosposią, która skrywa pewien sekret. Zapewne nie zaskoczę Was pisząc, że Colta z Angeliną będzie coś łączyć. Jednak zanim bohaterowie się zejdą, musi minąć trochę czasu, w trakcie którego czekać będą na nich pewne przygody i (żeby nie było tak sielankowo) trudności. 

"Z powrotem w siodle" to piękna, lekka i wspaniała powieść obyczajowa z morałem. Rodzina i bliscy sobie ludzie to jedne z najważniejszych wartości w naszym życiu. Ta urocza lektura wciąga od początku. W książce pojawia się wątek miłosny, co mnie, fankę romantycznych historii niezwykle ucieszyło. Przyznam jednak, że odczułam pewien niedosyt pod tym względem, ale absolutnie nie jest to żaden minus. Powieść serdecznie polecam!

Za egzemplarz powieści "Z powrotem w siodle"
serdecznie dziękuję Dreams Wydawnictwo.

wtorek, 14 listopada 2017

KRINGLE CANDLE: Wosk Apple Pie.

Nie wyobrażam sobie jesieni bez zapachu pysznej, słodkiej szarlotki. Uwielbiam, kiedy aromat świeżo upieczonego ciasta z jabłkami rozchodzi się w weekend po mieszkaniu. Niestety, nie zawsze mam okazję na pichcenie. Wówczas z pomocą przychodzi wosk Kringle Candle Apple Pie od Goodies.pl.


Apple Pie wiernie odwzorowuje zapach dopiero co wyciągniętej z pieca szarlotki. Po prostu. Kiedy chwilę po rozpaleniu kawałka wosku w kominku odwiedziła mnie znajoma, była święcie przekonana, że właśnie upiekłam szarlotkę i posypałam ją cukrem pudrem! 

Produkt jest bardzo wydajny, ale to już chyba standard, jeśli chodzi o Kringle. Wystarczy niewielki kawałek wosku, aby wypełnić pokój szarlotkowym aromatem. Zapach zdecydowanie można zaliczyć do intensywnych, ale nie mdlących i duszących. Wygodne opakowanie ułatwia przechowywanie rozpoczętego już wosku, nic się nie posypie, jak to zwykle bywa w przypadku tartaletek Yankee Candle.

Mieliście już do czynienia z Apple Pie :)? Przesyłam uściski, Karolina.

poniedziałek, 13 listopada 2017

WILNO: Wzgórze Giedymina. Jeden z punktów widokowych Wilna.

Kiedy odwiedzamy jakieś nieznane nam wcześniej miasto, z ogromną fascynacją odkrywamy jego zakątki. W moim sercu szczególne miejsce zajmują punkty widokowe, z których można podziwiać piękne panoramy. W Wilnie takich nie brakowało. Jednym z punktów, który pozwolił nam spojrzeć na stolicę Litwy z innej perspektywy, było Wzgórze Giedymina z  pozostałościami średniowiecznego zamku.


Wzgórze Giedymina, zwane także Górą Giedymina lub Górą Zamkową, zlokalizowane jest na Starym Mieście, na lewym brzegu rzeki Wilii, u ujścia Wilejki, gdzie roztacza się widok na "nowoczesną" część miasta.




Na wzgórzu wzniesiono w 1409 roku gotycką Basztę Giedymina. Z niej także można podziwiać panoramę Wilna, a w środku zwiedzający mają szansę poznać niewielkie muzeum historyczne. Wejście na Basztę Giedymina jest płatne - dorośli 5 EUR, studenci 2,5 EUR (cennik może się zmieniać, najlepiej sprawdzić szczegóły na TEJ STRONIE).


Droga na górę prowadzi po wykładanej nierównymi kamieniami ścieżce, więc bez odpowiedniego obuwia może być ciężko z wchodzeniem :). Na górę można też wjechać kolejką torową, która podczas naszej wizyty przechodziła remont. Prace modernizacyjne odbywały się również w obrębie Górnego Zamku, dlatego brakuje mi fotografii z tej części wzgórza. Mam za to kilka zdjęć widoków na miasto :).







Na wschód od wzgórza wznosi się Góra Trzykrzyska - kolejny punkt widokowy na mapie Wilna. Więcej na ten temat przeczytacie w kolejnym podróżniczym poście!


Muszę przyznać, że kiedy wybierałam zdjęcia do wpisu, wspomnienia z wycieczki do Wilna ożyły! Przez chwilę poczułam się tak, jakby za oknem w ogóle nie padał śnieg z deszczem, a my dopiero co byśmy wrócili z podróży... Tęsknię za słonecznymi wakacjami, oj tęsknię! Buziaki i do następnego, Karolina.