wtorek, 30 maja 2017

Saal Digital: Test fotoobrazu.

Hej Kochani! Jeśli śledzicie mojego bloga oraz fanpage na bieżąco, to na pewno zauważyliście, że całkiem niedawno miałam przyjemność przetestować jeden z produktów firmy Saal Digitalfotozeszyt. Zadowolona z usługi postanowiłam zgłosić się do kolejnego testu, którego przedmiotem był tym razem fotoobraz.


Przy tworzeniu i zamawianiu produktu ponownie korzystałam z intuicyjnej aplikacji Saal Design, o której wspominałam tutaj. Na początku musiałam wybrać rodzaj materiału, z którego wykonywany jest obraz. Zdecydowałam się na fotoobraz na płótnie o wymiarach 40x50 cm. Płótno artystyczne wydaje mi się taką stylową klasyką. Na etapie pracy ręcznej płótno naciągane jest na stabilne krosno malarskie z drewna. Dzięki temu zabiegowi fotoobraz można od razu zawiesić na ścianie bez konieczności instalowania dodatkowej ramy. Firma oferuje jeszcze 5 innych powierzchni oraz całą gamę rozmiarów - wszystko można sprawdzić na tej stronie.


W kolejnym kroku projektowania fotopamiątki należy dobrać zdjęcie. Oj, miałam dylemat! Trzeba pamiętać, że przy takim rozmiarze fotografia musi być naprawdę dobra jakościowo. Na szczęście aplikacja informuje o walorach wybranego pliku. Nie musimy się więc obawiać, że wybierzemy nieodpowiednią, kiepską wartościowo fotografię, która ostatecznie nam się "rozpikselizuje" i będzie nieciekawie się prezentować. "Bardzo dobra jakość" zdecydowanie zwiastuje perfekcyjne wykonanie graficznej części obrazu. Potem już tylko pozostaje złożenie zamówienia. Koszt tej przyjemności w moim przypadku oszacowany został na 212 zł plus 30 zł za wysyłkę (miałam do wykorzystania 250 zł na całe zamówienie). Cena może różnie się kształtować, wszystko zależy od wybranego formatu i rodzaju tworzywa, z którego wykonana zostanie fotopamiątka.

Obraz zamówiłam we wtorek rano, a już w sobotę po śniadaniu zawitał do mnie kurier :). Ekspresowa produkcja, szybki transport i wspaniały efekt końcowy - śmiało mogę stwierdzić, że całość przerosła moje oczekiwania! Fotoobraz wykonany jest starannie, nie zauważyłam żadnych niedociągnięć. Jakość zachwyca. Jeśli kiedyś będę chciała wykonać ze swoich zdjęć jakąś wiszącą na ścianie dekorację, to na pewno ponownie skorzystam z usług Saal Digital.

Lubicie fotoobrazy? Może wystroiliście już nimi swoje mieszkanka i domy? Ciepło pozdrawiam, K.

poniedziałek, 29 maja 2017

Światowy bestseller - "Lektor" Bernharda Schlinka.

Po przyjemnych, obyczajowo-romantycznych historiach, po które ostatnio sięgałam, przyszła pora na coś refleksyjnego. Na coś, czego nie można połknąć za jednym zamachem, co trzeba sobie dzielić, dawkować, aby móc się chwilę zastanowić i wysnuć interpretacje, wnioski. Książką, która idealnie wpisuje się w te ramy, jest stosunkowo niewielki objętościowo "Lektor" Bernharda Schlinka. Pozycja niezbyt obszerna pod względem stron, jednak niezwykle naładowana emocjami.


W Niemczech, w latach już po wojnie, Michaela Berga niespodziewanie dopada żółtaczka. Choroba atakuje młodego chłopca w najmniej oczekiwanym momencie. Podczas drogi ze szkoły piętnastolatek zwymiotował w miejscu publicznym. Zdarzenie widziała pewna dojrzała kobieta po trzydziestce - pani Schmitz. Pomogła wówczas chłopcu i zaprowadziła go do domu. Po kilku miesiącach choroby, zdrowy Michael, za wskazówką mamy udał się do nieznajomej, aby podziękować jej za pomoc. Na niezobowiązującym geście i wyrazie wdzięczności się jednak nie skończyło, ponieważ relacja tych dwojga zamieniała się w coś więcej...

Namiętny romans, ale i czułość wynikająca z bliskości, zostają po pewnym czasie niespodziewanie skończone. Hanna Schmitz zniknęła bez śladu. Nietrudno się domyślić, że był to szok dla chłopca i długo dochodził do siebie. Dopiero po latach, kiedy Michael studiował prawo, spotkał swoją dawną ukochaną ponownie, tym razem jako oskarżoną w procesie strażniczek w obozie koncentracyjnym. Wówczas zaczęło do niego docierać, jaką mroczną i bolesną przeszłość skrywała przed nim Hanna. Niektóre głęboko skrywane tajemnice ujrzały światło dzienne.

"Warstwy naszego życia leżą tak głęboko jedna na drugiej, że w tym co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotnie."

Bernhard Schlink przygotował dla swoich czytelników wspaniałą powieść o ludziach, o ich słabościach, które mogą prowadzić do niekoniecznie dobrych czynów, o uczuciach, zrozumieniu, godności, wolności.  Historię poznajemy z punktu widzenia dorosłego już, a właściwie starszego mężczyzny, wydawać by się mogło, że bardzo samotnego. Nie jest to lekka i łatwa historia. "Lektor" momentami jest utworem skomplikowanym, ale i intrygującym, oryginalnym. Powieść przepełniona została pytaniami, na które nie zawsze można odnaleźć jednoznaczną odpowiedź. Liczne fragmenty zmuszają do refleksji, do zastanowienia się nad niektórymi, życiowymi sprawami.

"Dlaczego? Dlaczego to, co było piękne, blaknie, kiedy wracamy do tego pamięcią, kruszy się i rozpada, bo kryło okropną prawdę? Dlaczego zalewa nas żółć na wspomnienie szczęśliwego małżeństwa, kiedy okazuje się, że jedno z partnerów przez te wszystkie lata miało kochanka? Bo co? Bo nie można być w takiej sytuacji szczęśliwym? Ale przecież było się szczęśliwym!"


Zrozumienie tego, jak ludzie postępują w niektórych sytuacjach, nie należy do łatwych spraw. Szczególnie trudnym okresem w dziejach ludzkości była II wojna światowa, obozy koncentracyjne i wychowywanie dzieci w myśl założeń niemieckiego hitleryzmu. Książkę uważam za naprawdę godną uwagi. Choć jest krótka, zawiera to, co najważniejsze, bez zbędnego owijania w bawełnę. Bardzo dobrze zarysowana fabuła składania poprzez tajemnicze wątki do rozmyślań. Bohaterowie również są ciekawymi, wyrazistymi postaciami. "Lektora" polecam każdemu.

Za możliwość przeczytania książki "Lektor"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 25 maja 2017

Summer Harbor: "Uciekająca narzeczona" Denise Hunter.

Pamiętacie moją recenzję "Jak płatki śniegu..."? Jeśli tak, to wiecie, że wspomniana książka była pierwszą częścią serii Summer Harbor. Niedawno swojej premiery doczekała się druga, zatytułowana "Uciekająca narzeczona". To własnie na jej recenzję Was dzisiaj zapraszam :).


Zac i Lucy byli w sobie szaleńczo zakochani. Szykowali się już do ślubu, jednak coś poszło nie tak. Ich związek rozpadł się na krótko przed uroczystością. Właściwie, to zakończyła go Lucy, znikając jak kamfora. Zac, jeden z braci Callahanów, musiał stawić czoła przeciwnościom losu i z bólem zapomnieć o szczęściu u boku ukochanej kobiety, rzucając się w wir pracy. Gdy już wszystko wydawało się być ustabilizowane, Callahan otrzymał dziwny telefon... To była Lucy. Jak gdyby nigdy nic zadzwoniła i oświadczyła, że musi po nią przyjechać, ponieważ miała drobny wypadek. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby para nie rozstała się... 7 miesięcy temu! W wyniku upadku na śliskiej podłodze Lucy straciła pamięć i jedyne, co wiedziała, to fakt, iż kocha Zaca ponad wszystko i mają się niebawem pobrać. Kompletnie nie wiedziała, dlaczego znajdowała się w Portland, kawał drogi od Summer Harbor, ani też dlaczego ubrana była... w suknię ślubną! Brzmi intrygująco, prawda?

Zac z ciężkim sercem postanowił pojechać do Portland i wyjaśnić całą tę dziwną sytuację. Wątpił w szczerość wyznania byłej partnerki, jakoby straciła pamięć. Zdesperowana kobieta z trudem zgodziła się na wizytę w szpitalu - wspomnienia z przeszłości skutecznie zaszczepiły w niej nienawiść do lecznicy. Na miejscu lekarz potwierdził stan Lucy - kobieta straciła pamięć. Co więcej, nie wiadomo, czy w ogóle ją odzyska! Co teraz ma zrobić Zac? Gdzie mieszkała Lucy? Kim był jej niedoszły mąż? Gdzie są jej przyjaciele? Na Callahana czekała masa tajemnic do rozwiązania. I cała masa trudnych do podjęcia decyzji. Lucy go kocha. On, niegdyś zraniony, wolałby uniknąć kontaktu z kobietą, która tak go zraniła. Wciąż jednak w głębi serca czuł pewne rozterki, a jej widok przywoływał wspomnienia... Jak ułoży się ta sytuacja i co stanie się z bohaterami? 

"Uciekająca narzeczona" to kolejna, świetna książka Denise Hunter. Jednym z głównych tematów jest oczywiście miłość, choć jak w poprzedniej części, autorka i w tym tomie nie szczędziła innych, tajemniczych i intrygujących wątków. Czytelnik ponownie ma szansę wczuć się w wyjątkowy, miasteczkowy klimat Summer Harbor. Pozytywny odbiór książki wzmocniony zostaje także dzięki relacjom panującym w rodzinie Callahanów. Wzajemna troska o siebie, czułość, domowe ciepło, miłość i wiara w Boga stwarzają niezwykły obraz kochającej się familii. Czytelnik ma szansę na zatopienie się w lekturze i przeżywanie każdej chwili wraz z bohaterami. Ze mną właśnie tak było :). Powieść wydaje się być lekką w odbiorze, ale nic bardziej mylnego! Nie jest to tylko sielankowy romans z happy endem, bowiem poruszone zostają także inne, ważne, życiowe kwestie. Autorka zawarła wiele poważnych prawd, niejednokrotnie przepełnionych mądrością. Poruszyła także istotę relacji rodzic-dziecko.

Oczywiście muszę przyznać wielki plus za okładkę, jest po prostu idealna, delikatna, wiernie odzwierciedla moje gusta. Jeśli nie czytaliście jeszcze "Jak płatki śniegu...", a chcielibyście zabrać się od razu za lekturę "Uciekająca narzeczona", to właściwie nie ma ku temu przeciwwskazań. Znajomość pierwszej części cyklu nie jest niezbędna, aby zrozumieć drugą, jednak od siebie mogę dodać, że naprawdę warto zapoznać się z obiema powieściami. Każda z nich ma w sobie coś magicznego i dotyczy różnych wątków.


Jestem oczarowana historią, jaką stworzyła Denise Hunter. Ponownie przekonała mnie, że warto sięgać po książki jej autorstwa :). Poszperałam w sieci i wiecie co? Znalazłam zagraniczne wzmianki o kolejnej części serii Summer Harbor! Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Niecierpliwie wyczekiwać będę polskiej premiery. W końcu muszę poznać losy trzeciego z braci Callahanów :).

Za możliwość przeczytania książki "Uciekająca narzeczona"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams.

środa, 24 maja 2017

Le Petit Marseillais: Odżywczy krem do rąk.

Ze mną i z kremami do rąk bywa różnie. Muszę przyznać, że w tej materii jestem dość wybredna i wiele produktów odpada w przedbiegach. Nie pasuje mi często konsystencja, zapach, a nawet samo opakowanie niekiedy budzi moją niechęć. Od lat używam jednej, góra dwóch sprawdzonych marek. Jak to w życiu bywa, tak i w kwestiach kosmetycznych mogą wystąpić wyjątki. Właśnie tak było z kremem Le Petit Marseillais, który dostałam w paczuszce urodzinowej. 


Odżywczy krem do rąk Le Petit Marseillais zdecydowanie przypadł mi do gustu. Już po pierwszej aplikacji wiedziałam, że będę chciała do niego jeszcze kiedyś wrócić. Przyjemny zapach otulił moje dłonie na długo! Często łapałam się na tym, że ciągle przystawiałam dłonie pod nos i raczyłam się kremowym zapachem. 


Spotkałam się z opiniami, które mało pozytywnie odnosiły się do wartości nawilżających tego kremu. U mnie pod tym względem kosmetyk się sprawdził. Lekka konsystencja kremu pozwala na szybkie wchłonięcie bez pozostawiania nielubianej i niepożądanej tłustej i lepkiej powłoki. Produkt łączy w sobie odżywcze właściwości masła shea, olejku arganowego oraz słodkich migdałów. 


Zdjęcia robiłam dużo wcześniej, więc niech Was nie zdziwi data JOYa :D. Czy ktoś miał okazję używać tego kremu :)? Jestem ciekawa Waszych opinii! Pozdrawiam ciepło, Karolina.

piątek, 19 maja 2017

Tasmina Perry i jej najnowsza powieść "Pocałunek na pożegnanie".

Są takie książki, które czytamy z ogromną przyjemnością. Po skończonej lekturze stają się naszymi ulubionymi, do których w przyszłości na pewno jeszcze wrócimy. Ostatnio miałam okazję poznać właśnie taką pozycję. Historia zawarta na kartach powieści wspaniale wpasowała się w mój gust czytelniczy. Zapraszam na recenzję książki "Pocałunek na pożegnanie".


"Każdy pamięta swój pierwszy pocałunek, ale jak jest z ostatnim?"

Historia rozpoczyna się w roku 1961 w Buckinghamshire. Wówczas mamy okazję poznać pierwszego, kluczowego bohatera - Dominica Blake'a, podróżnika i stałego bywalca salonów. Odbywał on podczas pewnego przyjęcia rozmowę z Eugene, Rosjaninem. Nie wiedział jednak, jak bardzo ta konwersacja zmieni całego jego życie... Następuje przeskok do czasów współczesnych. W Londynie, w Królewskim Instytucie Kartograficznym na stanowisku archiwistki pracuje Abby Goldman. Zatrudniono ją, aby skatalogowała stare zdjęcia. Kobieta dodatkowo zajmowała się organizowaniem wystaw, miała za zadanie zainteresowanie publiczności zaniedbanymi i niosącymi historię zdjęciami. Początkowo praca wydawała się nie mieć końca. Wszystko jednak się zmieniło, gdy szukając dopełnienia do jednej z wystaw, natrafiła na pewną fotografię, która doprowadziła ją do łez...

"Mężczyzna i kobieta, tuż obok siebie. On przytulił dłoń do jej policzka, ona do jego,
przez co wyglądali, jakby właśnie żegnali się czule."

Emocje między tajemniczymi postaciami wprost wylewały się ze zdjęcia. Zaintrygowana Abby postanowiła dociec prawdziwego sensu tej fotografii. 

Tasmina Perry zgotowała czytelnikom prawdziwy hit! "Pocałunek na pożegnanie" to piękna powieść o miłości, choć nie tylko. Historia ta przepełniona jest licznymi zwrotami akcji oraz tajemnicami. Autorka zabiera czytelnika w podróż nie tylko po świecie, ale i w czasie. Ukazuje, że uczucie między dwojgiem ludzi nie zawsze kończy się happy endem. Przykładem tej smutnej prawdy okazał się związek Rosamund i Dominica. Rose, będąca dziennikarką, na swojej drodze trafia na Dominica. Mimo odmiennych poglądów i wielu kłótni, jak to bywa w romantycznych historiach, oboje w końcu się do siebie zbliżają. Rodzi się wspaniałe uczucie, mężczyzna oświadcza się swojej wybrance serca. Niestety, jego wyprawa do Amazonii zmienia wszystko... To właśnie fotografią Rose i Dominica zajęła się Abby. Romantyczna historia miłości sprzed lat pozwoliła kobiecie oderwać się od własnych problemów małżeńskich. Zdrada ukochanego i wizja rozwodu nie należały przecież do przyjemnych spraw. Jak ostatecznie ułożyły się losy bohaterów?


Historia wciąga od samego początku. Bardzo podobało mi się powiązanie akcji ze zdjęciem. Fotografia stanowi niezwykle ważną część mojego życia i ten temat zawsze będzie bliski memu sercu. Uwiecznione na zdjęciach momenty mają w sobie niezwykłą magię, niosą pewne wspomnienia, emocje. Autorka rewelacyjnie wykorzystała to w swojej powieści.

"... z fotografiami było inaczej. Miały w sobie coś magicznego. Były osobistym zapisem szczególnego okresu, zanim naprawdę poznano świat, a wykonywali je nieliczni ludzie, którzy odważyli się zapuścić poza cywilizację."

Na plus zasługuje także poprowadzenie akcji w dwóch ramach czasowych. Z jednej strony poznajemy teraźniejszość, z drugiej przenosimy się do wydarzeń sprzed wielu lat. Autorka przedstawiła historię dwóch związków. Skupiła się na wiekowej miłości Rosamund i Dominica oraz na rozpadającym się uczuciu Abby i Nicka. 

"Nigdy nie wiesz, ile zdołasz przebaczyć, póki się to nie stanie."

Powieść wywołuje masę emocji, wzrusza, sprawia, że z łatwością przenosimy się do świata bohaterów i razem z nimi przeżywamy każdą chwilę. Czytając książkę, chce się więcej i więcej! Gdyby nie masa obowiązków spoczywających na moich barkach, na pewno czytałabym nieprzerwanie do samego końca. Ta pozycja jest tego warta. Niestety, musiałam sobie dawkować przyjemność. Nie byłabym sobą, gdybym gorąco nie poleciła tej książki zwłaszcza paniom! Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ta historia idealnie nadaje się na film, jednak te z reguły nie oddają tego wszystkiego, co treść pisana. Bywają powierzchowne, pomijają często niezwykle istotne fragmenty książki. Obraz jest w porządku, ale ja wybieram słowo :)! Szczególnie, kiedy jest tak piękne, jak "Pocałunek na pożegnanie".

Za możliwość przeczytania książki "Pocałunek na pożegnanie"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.