piątek, 17 listopada 2017

Rewelacyjny debiut: "Gwiazdy, które spłonęły" Melissa Falcon Field.

"Wciągająca opowieść o tym, jak mała iskra w życiu kobiety
może wzniecić prawdziwy pożar"



Claire Spruce jest idealną żoną i dobrą matką. Niestety, pod pozorem przykładnej kobiety z przedmieścia nie kryje się za dużo dobrego... Jej życia z pewnością nie można określić jako bajki. Wraz z mężem długo starali się o dziecko. Kiedy w końcu udało im się spełnić niegdyś nieosiągalne marzenie, okazało się, że szczęście dla Claire długo trwać nie będzie. W związku z pracą Milesa, małżeństwo zmuszone było zmienić miejsce zamieszkania. Kobieta z trudem zostawiła za sobą ukochane tereny i wymarzoną pracę. Nowy dom nie cieszył jej tak samo, jak poprzedni. Niekończąca się zima doprowadzała ją do obłędu, a Miles, pracoholik nieumiejący oddzielić życia prywatnego od obowiązków służbowych, rozczarowywał ją z dnia na dzień coraz bardziej. Negatywne myśli i odczucia nieustannie pojawiały się w jej głowie. Nic więc dziwnego, że gdy na Facebooku odezwał się do niej Dean, stara miłość z liceum, Claire szybciej zabiło serce. Wspomnienia dawnych czasów z byłym ukochanym oraz brak zainteresowania ze strony męża popchnęły ją do podjęcia decyzji o... spontanicznej ucieczce z Deanem. Niestety, powrót mężczyzny z przeszłości nie był przypadkiem, a decyzja ta pociągnie za sobą pewne konsekwencje.


"Czy niewinny internetowy flirt może zniszczyć przykładną rodzinę?"

"Gwiazdy, które spłonęły" bezapelacyjnie trafiają na półkę moich ulubionych powieści. Przyznam szczerze, że na początku oczekiwałam nieco większego BUM. Myślałam, że trafiłam na inną historię, w której będą szaleć romantyczne uczucia. Pierwsze strony nieco mnie rozczarowały, ale chwilę potem zrozumiałam, że przede mną leży kawał dobrej powieści. Melissa Falcon Field stworzyła wspaniałą, choć poniekąd przygnębiającą lekturę, z niebanalną fabułą i rewelacyjnie wykreowanymi bohaterami, których mogłabym określić jako jeden z najlepszych i najmocniejszych elementów zawartych na kartach powieści.

Cała historia przedstawiona jest z punktu widzenia głównej bohaterki. Uwielbiam pierwszoosobową narrację, za każdym razem, gdy autor stosuje ten zabieg, o wiele intensywniej zżywam się z bohaterem i bardziej rozumiem motywy jego postępowania. Do gustu przypadło mi zgrabne wplecenie wydarzeń z przeszłości między wątkami rozgrywającymi się w teraźniejszości.

Z Deanem nie było tak, że Claire od razu chciała wskoczyć mu w ramiona. Kobieta próbowała odbudować to, co było niegdyś między nią, a jej mężem. Niestety, starania te szły na marne. Miles albo nie zauważał jej inicjatywy, albo gonił za pracą. Myślę, że nikt nie wytrzymałby takiej sytuacji na dłuższą metę. Co więcej, przeszłość Claire nie była łatwa. Każdy w związku potrzebuje troski, uwagi ze strony drugiej osoby, ciepła, a przede wszystkim MIŁOŚCI. Moim zdaniem Claire popełniła błąd nie wykładając przed Milesem uczuć, które w niej buzowały, żalu, który był spowodowany zapracowaniem męża...

"Gwiazdy, które spłonęły" to wyjątkowa powieść obyczajowa z przesłaniem. Dostarcza takich emocji, że z pewnością długo o niej się nie zapomni. Nie brakuje w niej elementów zaskoczenia. POLECAM!



Za egzemplarz recenzencki "Gwiazdy, które spłonęły"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 16 listopada 2017

Kartka z pamiętnika #5.

Hej Misiaki! Dziś przybywam do Was z totalnie luźnym wpisem :). Mój kalendarz nieustannie zapełniony jest różnymi sprawami. Często brakuje mi takiej zupełnie wolnej chwili, tylko ja i moje zachcianki. Zazwyczaj po pracy przygotowuję lub odgrzewam obiad, sekunda odpoczynku na kanapie i nagle zapadam w objęcia Morfeusza. Godzina lub dwie snu mijają, robi się już niestety ciemno i co? Nagle okazuje się, że trzeba posprzątać, zrobić pranie, pojechać do sklepu... Na szczęście nie zawsze, bo nie wiem, kiedy w takim razie czytałabym książki, pisała bloga i prowadziła towarzyską część życia :). Jakiś czas temu poczucie potrzeby zrobienia czegoś dla siebie przezwyciężyło wszelkie inne przyjemności i obowiązki. Udaliśmy się na mały shopping. Dwa razy - rozłożyliśmy to na raty. Spędzanie całego dnia w galerii nam się nie uśmiecha, dlatego jednego razu w tygodniu odwiedziliśmy część sklepów, a w weekend dokończyliśmy na spokojnie łowy. Zakupy mieliśmy raczej zaplanowane, czasem zdarza nam się przeglądać strony sieciówek (głównie dotyczy to mojej osoby :D), wyłapujemy interesujące nas ubrania i potem wybieramy się do sklepu. Oczywiście zawsze liczymy się z tym, że nasze oko może wyłapać dodatkowo coś na miejscu, a dzieje się tak często. To co? Zaczynamy!

DZIAŁ DAMSKI

1. CZAPKI - DIVERSE - w myśl zasady "Nie umiesz się zdecydować? Weź obie!" stałam się posiadaczką dwóch czapek z pomponem. Są to moje pierwsze czapki od... bo ja wiem, podstawówki? Nigdy nie byłam fanką noszenia czegokolwiek na głowie, no, poza kapturem, bo jednak bywają naprawdę srogie temperatury i bez ochrony głowy długo bym nie pociągnęła. Na starość coś w tej głowie się człowiekowi przestawia, czego dowodem było moje postanowienie - KUPIĆ CZAPKĘ! Tego, że ze sklepu wyjdę z dwiema sztukami, raczej nikt by się nie spodziewał. A jednak! Skusiłam się na szarą oraz czarną z jasnym pomponem, każda z nich będzie pasować do innej z moich kurtek. W dodatku na drugą sztukę dostałam 50% rabatu, więc wiecie, szaleństwo usprawiedliwione.


2. BLUZA - DIVERSE - oj, jak mnie urzekła ta bluza, no mówię Wam! Chyba pierwsze, co zrobiłam po wejściu do sklepu, to ekspresowe udanie się na dział damski i szukanie tego wymarzonego ciuszka. Bluzę dorwałam z pierwszej wyprzedaży (teraz w salonach jest już druga).


3. SUKIENKA  - ORSAY - wybrałam się po dwie, wyszłam z jedną. Pierwszej w sklepie nie było, druga zaś została tylko jedna. Celowałam w rozmiar 38 (tak sugerował mi test na stronie sieciówki :D), ale okazało się, że w sklepie była tylko 36... Pomyślałam "Nie no, tragedia, na bank nie wejdę", powiedziałam zaś do sprzedawczyni, która pomogła mi kieckę odszukać, radosne "Super! Idę przymierzyć". No i okazało się, że naprawdę jest SUPER. 


4. BUTY - DEICHMANN - trapery chodziły za mną od dawna. W tych, które kupiłam, zakochałam się od pierwszego spojrzenia na ekran laptopa. Buty idealne. Niestety, ich zakup nie był tak idealny. W pierwszym sklepie brakowało mojego rozmiaru na półce. Na sklepie był, ale w rękach innej dziewczyny. Pojechaliśmy więc do innych salonów i w końcu w jednym bez problemu dobrałam trapery. 



DZIAŁ MĘSKI

1. KURTKA  - DIVERSE - Adam chorował na skórę już jakiś czas. Potem rozglądał się także za imitacjami. Zakupy ciągle się nie udawały, bo nie mogliśmy znaleźć nic takiego, w czym wyglądałby "OCH I ACH". W końcu trafiliśmy na kurtkę idealną, również pod względem cenowym - 20% rabatu zawsze cieszy :). 


2. SPODNIE - DIVERSE - nie wiem jak to się dzieje, ale kiedy ja cierpliwie szukam spodni, nic mnie nie urzeka, a kiedy Adam tego nie robi, nagle przypadkiem znajduje coś dla siebie. A właściwie to paradoksalnie ja mu znajduję. Na pierwszą parę przypadło nam 40% rabatu.



3. SWETER - DIVERSE - to była moja miłość od pierwszego wejrzenia. Ujrzałam go zaraz na wejściu i wiedziałam, że Adam musi przymierzyć ten ciuch. Sweter pasował kapitalnie, a to oznacza tylko jedno - idziemy do kasy!


Poniżej skompletowałam odnośniki do przedstawionych ubrań dostępnych jeszcze na stronach www sklepów. Dajcie koniecznie znać, czy coś Wam wpadło w oko :). Buziaki, Karolina.

Czapki - KLIK, KLIK.
Sukienka - KLIK.
Buty - KLIK.
Kurtka - KLIK.
Spodnie - KLIK, KLIK.
Sweter - KLIK.

środa, 15 listopada 2017

Ranczo Staffordów: "Z powrotem w siodle" Ruth Logan Herne.

Moi Drodzy Czytelnicy! Macie może ochotę na piękną historię z przesłaniem? Myślę, że przygotowałam dziś dla Was pozycję odpowiednią. Zapraszam na recenzję powieści "Z powrotem w siodle", otwierającą cykl "Ranczo Staffordów" autorstwa Ruth Logan Herne.



Colt Stafford to najstarszy syn legendarnego ranczera. W młodości podjął decyzję, aby opuścić rodzinny dom i w pogoni za karierą wyjechać do Nowego Jorku. Obiecująca przyszłość na Wall Street okazała się być tylko kruchą wizją, bowiem Colt przez manipulacje giełdowe został bez grosza przy duszy. Po kilku latach nieobecności mężczyzna postanowił wrócić na rozległe tereny Double S. W domu czeka na niego niecodzienne powitanie - obca kobieta mierząca w jego plecy bronią! Okazuje się, że piękną nieznajomą jest nikt inny, jak nowa gospodyni, którą zatrudnił ojciec Colta. Mężczyzna zaczyna dostrzegać w kobiecie coś więcej, coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka pod twardą osłoną. Zaintrygowany postanawia dociec, co kryje w sobie Angelina Morales. Nie będzie to takie proste, bowiem w rodzinnych stronach na Colta czeka jeszcze kilka innych wyzwań...

"Z powrotem w siodle" to kolejna pozycja od Dreams Wydawnictwo, którą pokochałam. Colta początkowo nie darzyłam wielką sympatią. Facet porzucający dom dla kariery? Ok, czasem człowiek musi wyjechać za zarobkiem, jednak ważne, by utrzymywać z bliskimi kontakt. Colt tego nie uczynił, do rodziny w ogóle nie zaglądał. Dopiero bankructwo spowodowało, że trzydziestokilkuletni mężczyzna postanowił wrócić do domu niczym syn marnotrawny. Potem jednak coś się zmieniło w moim postrzeganiu tej postaci. Colt z człowieka żyjącego karierą staje się mężczyzną, który ponownie wkracza w "tryb ranczo". Wraca do ciężkiej pracy i przede wszystkim do ludzi, którzy są mu tak naprawdę najbliżsi. Colt zaczyna więcej rzeczy doceniać, zmieniają się jego wartości, przechodzi wewnętrzną przemianę... Dorasta.

Osobą, która także zmienia swoje życie, jest Angelina Morales. Młoda kobieta niegdyś była policjantką, teraz została gosposią. Tajemniczą i intrygującą gosposią, która skrywa pewien sekret. Zapewne nie zaskoczę Was pisząc, że Colta z Angeliną będzie coś łączyć. Jednak zanim bohaterowie się zejdą, musi minąć trochę czasu, w trakcie którego czekać będą na nich pewne przygody i (żeby nie było tak sielankowo) trudności. 

"Z powrotem w siodle" to piękna, lekka i wspaniała powieść obyczajowa z morałem. Rodzina i bliscy sobie ludzie to jedne z najważniejszych wartości w naszym życiu. Ta urocza lektura wciąga od początku. W książce pojawia się wątek miłosny, co mnie, fankę romantycznych historii niezwykle ucieszyło. Przyznam jednak, że odczułam pewien niedosyt pod tym względem, ale absolutnie nie jest to żaden minus. Powieść serdecznie polecam!

Za egzemplarz powieści "Z powrotem w siodle"
serdecznie dziękuję Dreams Wydawnictwo.

wtorek, 14 listopada 2017

KRINGLE CANDLE: Wosk Apple Pie.

Nie wyobrażam sobie jesieni bez zapachu pysznej, słodkiej szarlotki. Uwielbiam, kiedy aromat świeżo upieczonego ciasta z jabłkami rozchodzi się w weekend po mieszkaniu. Niestety, nie zawsze mam okazję na pichcenie. Wówczas z pomocą przychodzi wosk Kringle Candle Apple Pie od Goodies.pl.


Apple Pie wiernie odwzorowuje zapach dopiero co wyciągniętej z pieca szarlotki. Po prostu. Kiedy chwilę po rozpaleniu kawałka wosku w kominku odwiedziła mnie znajoma, była święcie przekonana, że właśnie upiekłam szarlotkę i posypałam ją cukrem pudrem! 

Produkt jest bardzo wydajny, ale to już chyba standard, jeśli chodzi o Kringle. Wystarczy niewielki kawałek wosku, aby wypełnić pokój szarlotkowym aromatem. Zapach zdecydowanie można zaliczyć do intensywnych, ale nie mdlących i duszących. Wygodne opakowanie ułatwia przechowywanie rozpoczętego już wosku, nic się nie posypie, jak to zwykle bywa w przypadku tartaletek Yankee Candle.

Mieliście już do czynienia z Apple Pie :)? Przesyłam uściski, Karolina.

poniedziałek, 13 listopada 2017

WILNO: Wzgórze Giedymina. Jeden z punktów widokowych Wilna.

Kiedy odwiedzamy jakieś nieznane nam wcześniej miasto, z ogromną fascynacją odkrywamy jego zakątki. W moim sercu szczególne miejsce zajmują punkty widokowe, z których można podziwiać piękne panoramy. W Wilnie takich nie brakowało. Jednym z punktów, który pozwolił nam spojrzeć na stolicę Litwy z innej perspektywy, było Wzgórze Giedymina z  pozostałościami średniowiecznego zamku.


Wzgórze Giedymina, zwane także Górą Giedymina lub Górą Zamkową, zlokalizowane jest na Starym Mieście, na lewym brzegu rzeki Wilii, u ujścia Wilejki, gdzie roztacza się widok na "nowoczesną" część miasta.




Na wzgórzu wzniesiono w 1409 roku gotycką Basztę Giedymina. Z niej także można podziwiać panoramę Wilna, a w środku zwiedzający mają szansę poznać niewielkie muzeum historyczne. Wejście na Basztę Giedymina jest płatne - dorośli 5 EUR, studenci 2,5 EUR (cennik może się zmieniać, najlepiej sprawdzić szczegóły na TEJ STRONIE).


Droga na górę prowadzi po wykładanej nierównymi kamieniami ścieżce, więc bez odpowiedniego obuwia może być ciężko z wchodzeniem :). Na górę można też wjechać kolejką torową, która podczas naszej wizyty przechodziła remont. Prace modernizacyjne odbywały się również w obrębie Górnego Zamku, dlatego brakuje mi fotografii z tej części wzgórza. Mam za to kilka zdjęć widoków na miasto :).







Na wschód od wzgórza wznosi się Góra Trzykrzyska - kolejny punkt widokowy na mapie Wilna. Więcej na ten temat przeczytacie w kolejnym podróżniczym poście!


Muszę przyznać, że kiedy wybierałam zdjęcia do wpisu, wspomnienia z wycieczki do Wilna ożyły! Przez chwilę poczułam się tak, jakby za oknem w ogóle nie padał śnieg z deszczem, a my dopiero co byśmy wrócili z podróży... Tęsknię za słonecznymi wakacjami, oj tęsknię! Buziaki i do następnego, Karolina.

niedziela, 12 listopada 2017

Miłość, przebaczenie i druga szansa - "Światło" Jay Asher.

Jay Asher to autor znany przede wszystkim z bestsellerowej lektury "13 powodów". Książki jeszcze nie czytałam, ale serial mam już za sobą i muszę przyznać, że byłam i właściwie nadal jestem pod jego wrażeniem. Kiedy dowiedziałam się o nowej powieści autora, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Zapraszam na recenzję książki "Światło".


"Piękna opowieść o miłości i wybaczeniu"
Stephen Chbosky

Sierra prowadzi podwójne życie. Jedno związane jest z Oregonem, gdzie znajduje się ogromna, rodzinna plantacja choinek. Drugie rozpoczyna się w okresie świątecznym, kiedy przychodzi pora sprzedaży drzewek i wszyscy tradycyjnie przenoszą się na kilka tygodni do Kalifornii. W trakcie jednej z podróży, będącej najprawdopodobniej ostatnią, wszystko się zmienia - Sierra poznaje na stoisku z drzewkami Caleba, raczej nieidealnego chłopaka. Niegdyś popełnił pewien błąd, którego cenę płaci do dziś. Dziewczyna jednak nie ocenia go przez pryzmat przeszłości, widzi w nim o wiele więcej i chce pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. Wokół nich wciąż krążą nieporozumienia, a ludzie są podejrzliwi. Sierra i Caleb razem odkrywają coś, co może okazać się lekarstwem na ich problemy - MIŁOŚĆ. Jak potoczy się znajomość dwójki nastolatków?

"Światło" to romantyczna powieść poświęcona przede wszystkim kwitnącemu uczuciu dwójki młodych ludzi. Całość zachowana jest w świątecznym klimacie. Muszę przyznać, że Jay Asher rewelacyjnie podszedł do tematu. Związek uczciwej nastolatki z chłopakiem, który ma rysy w przeszłości - schemat znany i wielokrotnie powielany. Autor jednak bardzo oryginalnie napisał swoją książkę. Nie zauważyłam typowej dla tego typu powieści infantylności, bohaterowie mają zdecydowanie więcej "oleju w głowie", są o wiele bardziej dojrzali, niż podobni wiekiem przedstawiciele innych historii literackich. Nie zemdliło mnie od nadmiernej słodyczy i ckliwości. Pisarz przełamał utarte wzorce, za co należy się pochwała.

"Poruszająca love story dla nastolatków, której nie da się zapomnieć" - nie do końca się z tym zgadzam! Ta książka przeznaczona jest nie tylko dla młodzieży, myślę, że z powodzeniem można ją polecić także nieco starszym czytelnikom. Odbiorca znajdzie w niej sporo wątków dających do myślenia. Książka pełna jest prawd i morałów, które powinien poznać każdy, niezależnie od wieku. "Światło" uczy, czym jest druga szansa. Udowadnia, że jeden błąd nie może stanowić podstawy do oceny innego człowieka. Powinniśmy nauczyć się postrzegać ludzi takimi, jacy tak naprawdę są. Ocenianie przez pryzmat niekoniecznie nieskazitelnej przeszłości i przypiętej przez innych łatki może okazać się dla kogoś krzywdzące.

Książkę "Światło" czyta się bardzo przyjemnie. Styl autora jest prosty w odbiorze. Powieść wprowadza w świąteczny klimat, ale śmiało można po nią sięgać w innym okresie, niż Boże Narodzenie :). Polecam!

Za egzemplarz książki "Światło"
serdecznie dziękuję Domowi Wydawniczemu Rebis.



sobota, 11 listopada 2017

Ambitna dziewczyna i przystojny hokeista - "Cel" Elle Kennedy.

"Ona wie, jak osiągać swoje cele...
... ale zasady gry się skomplikowały"


Sabrina James to dziewczyna, która wie, jak walczyć o swoje i osiągać postawione sobie cele. Przyszłość zaplanowała dokładnie - najpierw ukończy college, potem uda się na wydział prawa, zaliczy studia z sukcesem i znajdzie bardzo dobrze płatną pracę, oczywiście w jednej z najlepszych kancelarii. O swojej przeszłości chce bezapelacyjnie zapomnieć i z nią zerwać. W jej planach na pewno nie ma miejsca na żadnego faceta. Tym bardziej dla niesamowitego hokeisty, wierzącego w miłość od pierwszego wejrzenia. Sabrina może spędzić z nim co najwyżej jedną noc. Ale jak to w życiu bywa, czasem i ta krótka chwila sprawia, że wszystko się zmienia o 360 stopni i komplikuje...

Tucker to typ faceta, który wierzy w siłę drużyny. Nie musi być gwiazdą lodowiska i co rusz znajdować się w centrum uwagi. Tuck po prostu nie chce grzać ławki rezerwowych, tym bardziej, że teraz, w wieku dwudziestu dwóch lat, ma zostać ojcem! Matka jego dziecka - piękna i inteligentna - trzyma Tuckera w gotowości. Sęk w tym, że Sabrina, mimo niepowodzeń od losu, stara się dążyć do celu obraną wcześniej przez siebie ścieżką, nie wpuszczając do swojego świata nikogo... Jeśli Tuck chce spędzić resztę życia z kobietą swoich marzeń, musi przekonać ją, że w życiu czasem potrzeba drugiej osoby u boku. Niektórych planów nie da się zrealizować w pojedynkę.

"Cel" z jednej strony mnie zaskoczył, z drugiej zaś dopatrzyłam się utartych w romansach New Adult schematów. Na początek skupię się na dobrych stronach tej powieści. Przede wszystkim ogromny plus należy się za przystępny język autorki. Elle Kennedy zadbała o ciekawe dialogi, które nie raz mnie rozbawiły do tego stopnia, że wybuchałam śmiechem. Bardzo podobało mi się poruszenie kwestii nieplanowanej ciąży. To już druga powieść, w której spotykam się z takim tematem. Na tyle książek, ile przeczytałam, to naprawdę niewiele! Na plus zasługuje także kreacja bohaterów. Polubiłam Sabrinę, podobał mi się jej upór w dążeniu do celu. Moje serce skradł Tucker. Odpowiedzialny, kochający, troskliwy, no facet ideał! Potrafił wziąć na klatę to, co się wydarzyło.

Z gorszych stron powieści na pewno należy wyróżnić schematyczność. Młodość, love story, uniesienia, uparte zamykanie się przed uczuciami... Brzmi znajomo? Nawet bardzo. Chyba nie zliczę, w ilu książkach spotkałam się z takim motywem. Na szczęście pomysł na fabułę każdy autor ma inny i są takie elementy i takie wątki w "Celu", które pozwalają zapomnieć o towarzyszącym czytaniu uczuciu deja vu.

"Cel" nie jest pozycją wysokich lotów, szukający ambitnej lektury na pewno nie będą zaspokojeni. Historia Elle Kennedy idealnie nadaje się na chwię niezobowiązującego relaksu z książką, pod kocem i z kubkiem gorącej czekolady w zasięgu ręki. Wciąga, rozczula, rozbawia. 

Za egzemplarz powieści "Cel"
serdecznie dziękuję Zysk i S-ka Wydawnictwo.

piątek, 10 listopada 2017

Yankee Candle: Wosk Spiced Orange.

Jesień to czas, kiedy najczęściej sięgam po woski zapachowe. Latem robię to zdecydowanie rzadziej, co pewnie zauważyliście po wpisach na blogu - dawno bowiem nie prezentowałam żadnej tartaletki. Teraz, kiedy na dobre rozgościły się długie wieczory, nie ma dnia, abym nie korzystała z dobrodziejstw, jakie występują pod marką Yankee czy Kringle Candle. Zwłaszcza, że moje zapasy poczynione niegdyś na Goodies.pl są spore! Dziś chciałabym zaprezentować wosk Spiced Orange, będący aktualnie zapachem miesiąca.



Uwielbiam rozgrzewające, wyraziste, owocowe tartaletki - Spiced Orange właśnie taka jest. Po rozpaleniu wosku w kominku, pomieszczenie wypełnia się wspaniałym, nietuzinkowym aromatem. Spiced Orange to połączenie orzeźwiających, cytrusowych nut oraz przypraw korzennych. Główną rolę odgrywa w tym zapachu soczysta, energetyczna pomarańcza. Na drugim planie wyczuwalny jest rozgrzewający imbir, cynamon, a także widoczne na etykietce goździki. Ta wyrazista kompozycja zapachowa ociepli niejeden chłodny i długi wieczór. Wspaniale sprawdzi się też w okresie Bożego Narodzenia - pomarańcze naszpikowane goździkami goszczą przecież w wielu domach :).


Spiced Orange zdecydowanie wplata się w moje gusta. Mogę nawet stwierdzić, że to jeden z moich woskowych ulubieńców. Wosk oraz inne produkty z tego wariantu zapachowego możecie kupić teraz w promocyjnej cenie - KLIK - macie czas do końca miesiąca :)! Pozdrawiam ciepło, Karolina.

środa, 8 listopada 2017

Cara Delevingne, Rowan Coleman - "Mirror, Mirror".

Cara Delevingne - modelka, aktorka, jedna z najbardziej wpływowych Brytyjek - któż o niej jeszcze nie słyszał? Jej twarz można spotkać na wielu bilbordach, w reklamach i filmach. Kiedy usłyszałam, że wraz z Rowan Coleman napisała swoją pierwszą powieść, zaczęłam się zastanawiać, jaka ta książka będzie. Cara Delevingne to bardzo młoda osóbka, niezwykle aktywna zawodowo. Czy zaistnienie w świecie literatury to nie jeden krok za daleko?


"Co widzisz, patrząc w lustro?"

Red, Leo, Rose i Naomi zakładają kapelę Mirror, Mirror. Czwórkę młodych przyjaciół, którzy na co dzień różnią się od swoich rówieśników, połączyła miłość do muzyki. Niestety, pasja krótko cieszyła członków zespołu. Radość ze wspólnego grania przerywa nagłe zniknięcie Naomi. Potem przychodzi czas na tragiczne wydarzenie - członkini kapeli zostaje wyciągnięta nieprzytomna z Tamizy. Stan dziewczyny jest bardzo ciężki. Naomi w szpitalu walczy o życie, pozostając w śpiączce. Policja standardowo twierdzi, że dziewczyna chciała popełnić samobójstwo. Jej przyjaciele mają jednak na ten temat inne zdanie.

Wypadek Naomi powoduje, że reszta kapeli zaczyna gubić się w swoich emocjach związanych z tragedią. Leo popada w depresję, Rose oddaje się szaleństwu imprezowemu, a Red chce odkryć prawdę i samodzielnie dojść do tego, co tak naprawdę przydarzyło się Naomi. Co wyniknie z jego prywatnego śledztwa? Czy Naomi się obudzi ze śpiączki? CO, a może KTO jest przyczyną tej tragedii? Przygotujcie się na wiele mrocznych tajemnic.

Modeling, aktorstwo, działalność charytatywna, pisarstwo - czy to nie za dużo grzybów w barszczu? Okazuje się, że nie. W moim subiektywnym odczuciu Cara we współpracy z Rowan Coleman całkiem nieźle sprawdziła się w roli twórcy literackiego. Książka "Mirror, Mirror" pozytywnie mnie zaskoczyła.

Jednym z głównych tematów poruszonych w powieści jest wyobcowanie młodzieży. Wielu ludzi w tym wieku musi zmagać się z brakiem akceptacji ze strony rówieśników, a nierzadko też z brakiem wsparcia od najbliższych. W takich sytuacjach zbawienna okazuje się przyjaźń i wspólna pasja. Akceptacja samej i samego siebie nie jest łatwa, ale w gronie zaufanych osób łatwiej jest wchodzić w dorosłość, uczyć się asertywności, kierować życiem i budować swoją przyszłość.

Historia przedstawiona w "Mirror, Mirror" jest bardzo realistyczna. Powieść nie została ani przesłodzona, ani przekoloryzowana. Akcja toczy się jak w życiu - są lepsze i gorsze momenty, często wszystko może totalnie zmienić się w mgnieniu oka. Powieść "Mirror, Mirror" w moim odczuciu napisana została z myślą o młodzieży, aczkolwiek starsi czytelnicy również znajdą w tej książce coś dla siebie. Część obyczajowa splata się z wątkami kryminalnymi, które wprowadzają nutkę charakterystycznego dla tego typu powieści nastroju - mieszankę tajemniczej aury, niepokoju, przyjaźni, zdrady. Bohaterowie zostali wiarygodnie wykreowani. Jedynie w przypadku siostry Naomi, czułam, że autorki trochę poniosła fantazja. W moim odczuciu jest to drobiazg, który nie wpłynął w sposób znaczący na odbiór historii przedstawionej w książce.

"Mirror, Mirror" intryguje i wciąga, m.in. dzięki nieoczekiwanym zwrotom akcji. Książkę czyta się raczej szybko, autorki zadbały o lekki i łatwy w odbiorze język. Jeśli ktoś chce przekreślić tę powieść tylko dlatego, że nie wierzy w kolejny talent Delevingne, lepiej niech zrezygnuje z tego przeświadczenia. Ta pozycja naprawdę ma swoje dobre strony i myślę, że spodoba się niejednej osobie :).

Za egzemplarz powieści "Mirror, Mirror"
serdecznie dziękuję Business and Culture oraz Wydawnictwu Jaguar.






wtorek, 7 listopada 2017

BRACIA SLATER: "Bronagh" L.A. Casey.

Kochani! W poprzednim poście mieliście okazję zapoznać się z pierwszą częścią serii "Bracia Slater" L.A. Casey - mianowicie z powieścią zatytułowaną "Dominic". Dziś chciałabym przedstawić kolejny tom z tego cyklu. "Bronagh" jest dopełnieniem historii przedstawionej w pierwszej części "Braci Slater".


W życiu Bronagh wiele się wydarzyło. Przeszłość nie była łatwa, a w ciągu ostatnich lat dziewczyna sporo przeszła. W dniu zbliżających się dwudziestych pierwszych urodzin chciałaby spokojnie spędzić czas z rodziną. Jej chłopak, Dominic Slater, nie rozumie, czym jest bezstresowy relaks. Jego tryb życia zdecydowanie kłóci się z teorią odpoczynku "na spokojnie". Dominic uwielbia adrenalinę, która jest dla niego jak narkotyk. Zgodnie ze swoimi upodobaniami z entuzjazmem opracowuje plan idealny. Z jednej strony romantyczny, co powinno trafić w gust Bronagh, z drugiej zaś ekscytujący - tutaj może już nie być tak kolorowo, zwłaszcza, że Dominic inaczej pojmuje to określenie. Kiedy wydarzenia nie układają się dla tej dwójki zbyt korzystnie, chłopak zmuszony jest walczyć o Bronagh. Ona zaś musi podjąć niezwykle trudną decyzję. Czy zdecyduje się opuścić swojego niepokornego i gorącego faceta, czy jednak zatrzyma to, co kocha?

W "Bronagh" spotykamy się z bohaterami poprzedniej części serii "Bracia Slater". Od wydarzeń przedstawionych w pierwszym tomie minęło kilka lat. Czy czas zmienił coś w życiu postaci? Bronagh z jednej strony nabrała trochę obycia, ogłady, z drugiej zaś wewnątrz wciąż była dzieckiem. Dominic nieco dorósł, a jego nowsza odsłona zaczęła mi się podobać. Odniosłam wrażenie, że zagościło w nim więcej romantyzmu. Bohaterowie nie wzbudzali u mnie już takiej irytacji, jak na początku, gdy sięgnęłam po lekturę "Dominic".

Ta niewielka objętościowo książka pełna ma w sobie mniej wulgaryzmów (porównując do poprzedniego tomu), ale nie zmienia to faktu, że przekleństwa nadal stanowią znaczną część powieści. Autorka postarała się o wątki zarówno zabawne, romantyczne, jak i chwilami pełne dramatyzmu. "Bronagh" czyta się lekko. Pozycja ta wywołała u mnie więcej pozytywnych odczuć, niż miało to miejsce podczas czytania pierwszej części. Dla fanów i fanek "Braci Slater" pozycja "Bronagh" jest obowiązkowa! Historia przedstawiona przez L.A. Casey ociepliła mój stosunek do tej serii i stwierdzam, że z chęcią sięgnę po kolejne tomy tego niegrzecznego cyklu. Premiera już w styczniu przyszłego roku!

Za egzemplarz recenzencki "Bronagh"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


niedziela, 5 listopada 2017

BRACIA SLATER: "Dominic" L.A. Casey.


"UWAGA! OSTRZEŻENIE!

Jeśli nie tolerujesz dominujących i zaborczych mężczyzn, Dominic NIE jest dla ciebie. Jeśli nie lubisz pewnych siebie kobiet, które są zimnymi sukami, Dominic NIE jest dla ciebie. Jeśli nie lubisz postaci, które nie potrafią utrzymać nerwów na wodzy, Dominic NIE jest dla ciebie. Przede wszystkim, jeśli nie lubisz postaci, które DUŻO PRZEKLINAJĄ i bez cenzury mówią, to, co myślą Dominic NAPRAWDĘ NIE jest dla ciebie."



Bronagh Murphy w dzieciństwie straciła rodziców. Najbliższe jej osoby zginęły w wypadku samochodowym. Dziewczyna doskonale więc wiedziała, czym jest ból spowodowany śmiercią, stratą. Aby uniknąć kolejnych rozczarowań i przede wszystkim cierpienia, Bronagh stosunki z innymi ludźmi ogranicza do minimum, trzyma ich na dystans. Ona nie będzie wdawać się w relacje, oni zostawią ją w spokoju. Kiedy na swej drodze spotyka Dominica Slatera, czyni dokładnie tak samo - ignoruje go. Problem w tym, że takie postępowanie odnosi zupełnie inny skutek. Dominic z jednej strony jest zdezorientowany (zazwyczaj był w centrum uwagi innych), z drugiej zaś zachowanie Bronagh bardzo go pociąga. Co zrobi w tej sytuacji? Jedynym jego rozwiązaniem w takich sytuacjach, kiedy pragnie zaspokoić swoje zachcianki, jest siła...

"Dominic zdobywa to, czego pragnie."

Pierwszy tom serii "Bracia Slater" to zdecydowanie coś bardzo mocnego, "ostrego". Nie jest to lektura dla wszystkich. Sięgając po tę pozycję należy liczyć się przede wszystkim z naprawdę sporą dawką wulgaryzmów. Autorka zawarła w książce dużo agresji, przemocy, nieprzyzwoitych tekstów, brutalności. 

"Dominic" ma swoje plusy i minusy. Książkę czyta się szybko i mimo nadmiernego użycia wulgaryzmów, pozycja wciągnęła mnie, cały czas się coś działo, a niektóre wątki okazywały się naprawdę ciekawe. Kontrowersyjność tej lektury na swój sposób jest jej plusem. Na pewno trzeba zachować dystans do historii przedstawionej przez autorkę, bez tego raczej ciężko będzie zapoznać się z tą powieścią, zwłaszcza, że pisarka nie blokowała swojej fantazji.

Bohaterowie nie wzbudzili zbytnio mojej sympatii. Dominic momentami irytował mnie niesamowicie. Jego zaborczość i nieustępliwość sprawiały, że miałam ochotę skopać mu tyłek. Nie rozumiałam też Bronagh. Z jednej strony jej doświadczenia życiowe powodowały, że bojąc się zranienia stroniła od ludzi, z drugiej zaś dała się zdobyć komuś, kto tak naprawdę nie okazywał jej należytego szacunku. Jej zachowanie mogłabym śmiało określić jako dziecinne. Dwójka głównych bohaterów zdecydowanie nie była dojrzała, zaś zachowywała się tak, jak gdyby już dawno wkroczyła w dorosłość.

Książka wywołała u mnie różne emocje, a to w końcu jeden z ważniejszych aspektów. Nie cierpię pozycji, które totalnie mnie nudzą, a akcja spływa ze mnie jak po kaczce. Autorka postarała się o fragmenty, które bawiły, część wzbudzała ogromne zainteresowanie, inne zaś poirytowanie. Tej książki zdecydowanie nie polecam młodzieży ani wrażliwym osobom. "Dominic" przeznaczony jest w moim odczuciu dla starszego grona czytelników, u którego nadmiar przekleństw i agresji nie wzbudzi nadmiernego zażenowania i niesmaku.

Dopełnieniem pierwszego tomu serii "Bracia Slater" jest "Bronagh" - o tej pozycji napiszę kilka słów już niebawem :).


Za egzemplarz recenzencki pozycji "Dominic"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.



środa, 1 listopada 2017

WILNO: Cmentarz Na Rossie. Polska nekropolia narodowa.

Podczas pobytu w Wilnie musieliśmy obowiązkowo odwiedzić Cmentarz Na Rossie, zabytkowy zespół cmentarny będący jedną z czterech polskich nekropolii narodowych. Dla Polaków to bardzo ważne miejsce, pełne historii i przede wszystkim dusz rodaków.


Na powierzchnię 10,8 ha składają się cztery cmentarze powstałe w różnych latach. Najwcześniej powstała Stara Rossa (1769). Pierwsze pochówki na tym terenie miały miejsce w 1436 roku, grzebano tam wówczas ofiary tzw. morowego powietrza. Określenie to stosowano w czasach historycznych w związku z chorobami zakaźnymi o wysokim nasileniu i wielkiej śmiertelności. Stara Rossa została oficjalnie zalegalizowana jako nekropolia miejska w 1801 roku. Już 46 lat później wyczerpały się możliwości grzebalne, dlatego też powstała kolejna nekropolia, tzw. Nowa Rossa (1847). Pochowani zostali tam mieszkańcy Wilna oraz żołnierze, którzy polegli w latach 1919-1920.


Kiedy po 1945 roku polscy mieszkańcy opuścili Wilno, rozpoczęła się zamierzona dewastacja cmentarza. Wandale niszczyli nagrobki, a nowa władza biernie przyglądała się temu procederowi. W 1952 roku zniszczono monumentalne katakumby. Cmentarz zamknięto dla nowych pochówków w 1967 roku, a dwa lata później wpisano go do rejestru zabytków.




Ponadto, Cmentarz Na Rossie składa się z cmentarza wojskowego, powstałego w 1920 roku, a także z Mauzoleum Matka i Serce Syna, gdzie spoczywa Maria z Billewiczów Piłsudska oraz serce jej syna, Józefa Piłsudskiego. Po prawej i lewej stronie mauzoleum spoczywają polscy oficerowie i ochotnicy, którzy stracili życie w latach 1919-1920 w walkach o Wilno oraz żołnierze Armii Krajowej polegli w trakcie operacji Ostra Brama (1944).




Tak się nasze plany poukładały, że nie mogliśmy zbyt wiele czasu spędzić w tym wyjątkowym miejscu. Jeśli kiedykolwiek będzie nam dane wrócić do Wilna, na pewno jeszcze raz odwiedzę Cmentarz Na Rossie. Czy ktoś z Was był już w tej części stolicy Litwy? Jakie wrażenie wywarła na Was Rossa? Pozdrawiam serdecznie, Karolina.

wtorek, 31 października 2017

URODZINY BLOGA!

Halloweenowy wieczór trzy lata temu... Dokładnie wtedy zdecydowałam się założyć bloga. Kiedy pisałam pierwszy post na "A w wolnej chwili...", nawet nie spodziewałam się, że tak to wszystko się rozkręci. Blog miał być dla mnie przyjemną odskocznią od codzienności. W ciągu tych kilku lat stał się zdecydowanie czymś więcej.

Niepozorne hobby przerodziło się w pasję. Poznałam sporo fantastycznych ludzi. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę współpracować z jakąkolwiek firmą czy wydawnictwem. Blog otworzył przede mną kilka furtek. Chęć dzielenia się interesującymi książkami, przepisami na smaczne dania, opiniami na temat godnych uwagi produktów, relacjami z ważnych dla mnie wydarzeń i podróży nie opuszcza mnie na krok. Pomysłów w głowie nie brakuje - jedyne, czego życzyłabym sobie więcej, to czasu, aby przełożyć je wszystkie na nowe wpisy.

Ogromne podziękowania należą się Wam, DRODZY CZYTELNICY. Wasze odwiedziny, komentarze, maile, wszelkie aktywności, również na fanpage bloga, sprawiają mi ogromną przyjemność. Dzięki nim tylko utwierdzam się w przekonaniu, że to co robię, ma sens. W związku z tym przygotowałam kilka atrakcji :). Zajrzyjcie na Facebooka, gdzie przez najbliższy tydzień będziemy świętować urodziny bloga. Zachowajcie czujność, bowiem nie zabraknie konkursów w postaci rozdań <3. 

Dziękuję Wszystkim za te wspólne trzy lata! 

środa, 25 października 2017

"Bóg rzeczy małych" Arundhati Roy.

Szukacie książki napisanej naprawdę przepięknym językiem, z mistrzowską narracją? Powieści w znacznym stopniu melancholijnej, która Was oczaruje, wzruszy, zmusi do przemyśleń i głęboko poruszy? Jeśli tak, to polecam Wam historię moim zdaniem spełniającą te oczekiwania - "Bóg rzeczy małych" Arundhati Roy.


"Jest to książka niezwykła, dociera bowiem do najgłębszych pokładów psychiki i odkrywa najbardziej intymne przeżycia".

Historię przedstawioną w książce poznajemy głównie z perspektywy dwujajowych bliźniąt - Rahel i Esta, którzy przyjeżdżają z rozwiedzioną matką do wioski w Kerali. Początkowo żyją w dobrych stosunkach, są szczęśliwi, aż do chwili, gdy rozgrywają się tragiczne wydarzenia. Czytelnik dowiaduje się, co było powodem upadku rodziny. Zawiść, brak zaufania, uprzedzenia,  bezduszność, kłamstwo - cała ta mieszanka doprowadziła do tragedii, jak nasionko wypuściła swoje plony. Marne plony.

W książce ukazane zostało życie w Indiach. Jest to nieco przygnębiające, ponieważ ludzi dzieli się tam na lepszych i gorszych, niegodnych, klasę średnią i biedaków. Dyskryminacja ze względu na płeć jest w Indiach bardzo rozpowszechniona. Kobiety traktowane są jak ludzie "drugiej kategorii", m.in. w aspektach prawnych, społecznych czy kulturowych. Autorka nie boi się poruszać kwestii, które do dziś uznawane są w niektórych rejonach za temat tabu. Arundhati Roy pisze o molestowaniu indyjskich kobiet, o ich niedoli, o problemach związanych z polityką, religią, aspektami społecznymi. W tej powieści nie brakuje dość odważnych przenośni. Dużo w niej także cierpienia. Indie są pełne kontrastów, a autorka przybliża je w swojej książce.

"O pewnych rzeczach można zapomnieć, a o pewnych nie można – stoją na zakurzonych półkach jak wypchane ptaszyska o złowrogich, patrzących z ukosa oczach."

Dla mnie niezwykle cennym elementem książki były także plastyczne opisy przyrody. Niektóre fragmenty, a właściwie spora część powieści, wywoływała u mnie takie uczucie, jakbym sama znajdowała się w danym miejscu, odczuwała zapachy i stapiała się z tamtejszym środowiskiem.

Na powstanie książki niewątpliwie wpływ miało pochodzenie autorki. Arundhati dorastała w małej wiosce w Kerali, gdzie właśnie toczy się akcja powieści. Dzięki sławie i zarobionym pieniądzom, Arundhati mogła jeszcze bardziej zaangażować się w działalność społeczną, z którą już wcześniej była związana.

"Bóg rzeczy małych" jest pozycją wyjątkową. Myślę, że każdy powinien sięgnąć po tę lekturę. Przybliży ona wiele aspektów, które na co dzień są albo tematem tabu, albo po prostu człowiek nie przywiązuje do nich aż tyle uwagi.

Za egzemplarz książki "Bóg rzeczy małych"
serdecznie dziękuję Zysk i S-ka Wydawnictwo.