środa, 19 lipca 2017

BIOLOVE: Masło do ciała GREEN TEA.

Testowania marki BIOLOVE ciąg dalszy :)! Były już musy, peelingi, nawet świeca do masażu, więc tym razem przygotowałam dla Was wpis na temat masła do ciała. I to nie byle jakiego! Dziś na tapecie BODY BUTTER GREEN TEA.


Kiedy odkręciłam słoiczek, trochę się przeraziłam. Masło wydawało się mieć bardzo zbitą postać. Obawy zniknęły po nabraniu odrobiny kosmetyku na palce. Konsystencja okazała się być niezwykle przyjemna. Rozgrzanie nabranego masła w dłoniach poprzez ich pocieranie pozwoliło na bezproblemową aplikację na ciele, otulając je na długo delikatnym zapachem zielonej herbaty. Na plus zasługują także silne właściwości nawilżające. Kosmetyk pozostawia na skórze niewielką, lekko tłustą warstewkę, która dla niektórych może okazać się uciążliwa. Mnie to nie przeraża :). Kosmetyk powstał na bazie masła shea, wzbogaconego o zimnotłoczony olej arganowy.

Marka BIOLOVE jak zwykle mnie nie zawiodła. Na pewno jeszcze nie raz skuszę się na masło o zapachu zielonej herbaty :). Czy któraś z Was miała już okazję przetestować ten produkt :)? Odświeżający aromat zielonej herbaty pozwala zafundować sobie chwile relaksu w domowym zaciszu niczym w salonie SPA, dlatego jeśli jeszcze nie spróbowałyście tego masła, to koniecznie to nadróbcie :). Pozdrawiam, K.

piątek, 14 lipca 2017

Danuta Pytlak - "Powiem Ci, kim jesteś".

Hej Kochani! Zbliża się weekend, a jak wiadomo, to idealny moment, aby zrelaksować się z książką w ręku :). Książkoholicy w szczególności cieszą się na te chwile. W związku z tym tematem przygotowałam dla Was recenzję powieści "Powiem Ci, kim jesteś" autorstwa Danuty Pytlak.


"Zmień zasady gry"

Praca w jednym z Warszawskich banków to mieszanka układów i układzików, kolesiostwa zadzierającego nosa, popleczników, a nawet i zdobywania pozycji dzięki bardzo zażyłym stosunkom z wyrachowanym szefem. Zdarzają się jednak uczciwi pracownicy - jednym z nich był nowozatrudniony Adam. Spokojny, nieco wycofany, ale sumienny mężczyzna. Adam, zniesmaczony zachowaniem niektórych ze współpracowników, postanowił w firmie zająć się swoimi obowiązkami, nie zważając na wybryki innych. Problem pojawił się jednak podczas wyjazdu integracyjnego. Hubert, jeden z jego korporacyjnych "kolegów", postanowił zorganizować niezbyt udaną niespodziankę dla Adama. Zrodził się poważny konflikt między mężczyznami. Adam nie spodziewał się nawet, jakie będą konsekwencje tej utarczki... Zwłaszcza, że właśnie poznał Asię, jedną z pracownic banku. Z jednej strony szczęśliwy związek, z drugiej zaś narastająca nagonka ze strony Huberta. Czy ta sytuacja odbije się także na dziewczynie?

Autorka osadziła akcję w środowisku korporacyjnym, tak więc można się spodziewać zarówno pracowników kierujących się uczciwością, jak i typowych hien, których charakter zdecydowanie nie należy do najprzyjemniejszych. W takim otoczeniu ciężko jest zachować dobre relacje z innymi, zwłaszcza, jeśli chodzi o głębsze uczucia. Pisarka w swej powieści ukazuje, że praca w korporacji, będąca często spełnieniem marzeń wielu młodych, wykształconych ludzi, niesie wiele zagrożeń.

Początkowo miałam problem z tą książką. Krótkie streszczenie z okładki zachęciło mnie, aby ją przeczytać. Niestety, kilka pierwszych rozdziałów specjalnie mnie nie wciągało. Nie należę do osób, które od tak odkładają daną powieść i o niej zapominają. Zawszę daję szansę, aby dana lektura mnie jednak zadowoliła. Poza tym nie lubię nie kończyć książek po kilkunastu stronach, chcę poznać całość i móc dopiero wtedy wydać osąd. Być może dzięki tej praktyce uświadomiłam sobie, że powieść Danuty Pytlak jest naprawdę fajna! Mniej więcej przy 50tej stronie poczułam, że treść zaczyna mi się podobać. Polubiłam głównego bohatera - Adama, a także kilka innych postaci. Znalazły się oczywiście i czarne owce, których istnienia po prostu nie mogłam zdzierżyć. Książka wywołała we mnie różne emocje, co zdecydowanie stanowi jej pozytywny aspekt. Sięgając po utwory literackie mam nadzieję na przeżywanie wydarzeń razem z bohaterami. Nie chcę czytać od deski do deski bez jakichkolwiek odczuć.

Książka podobała mi się, aczkolwiek bardzo wymagających czytelników mogłaby nie zadowolić. Ogólny zarys fabuły i kreacja bohaterów przypadły mi do gustu. Cieszę się, że mogłam poznać twórczość kolejnej polskiej pisarki.

Za egzemplarz książki "Powiem Ci, kim jesteś"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

poniedziałek, 10 lipca 2017

"Oszukany" Minitort Kinder.

Ostatnich kilka miesięcy musieliśmy przeżyć bez piekarnika. Dla kogoś, kto uwielbia pichcić (czyt. dla mnie) było to ogromnym ograniczeniem. Zwłaszcza, że naprawdę sporą część posiłków przyrządzałam właśnie w piekarniku. Nie mam tu na myśli tylko ciast, ale i beztłuszczowe przygotowywanie mięsa. Kilka dni temu w końcu wybraliśmy nowy sprzęt, jednak było to już po urodzinach Adasia. Na święto musiałam poradzić sobie bez piekarnika. Pokusiłam się więc o małe ciacho z lodówki, mające w swej formie nawiązywać do tortu à la Kinder.


WARSTWA I - SPÓD

Składniki: opakowanie herbatników maślanych (np. z Lidla, około 200-250 g), 3/4 tabliczki mlecznej czekolady, łycha oleju kokosowego w temp. pokojowej.

Przygotowanie: Herbatniki mielimy na pył, łączymy z roztopioną w kąpieli wodnej czekoladą i dodajemy olej kokosowy. Mieszamy dokładnie do połączenia wszystkich składników. Wyłożoną papierem okrągłą formę (u mnie o średnicy 15 cm) wypełniamy masą, dociskając starannie, aby spód dobrze się związał. Naczynie wkładamy do lodówki na około 1,5 godziny. 

WARSTWA II - KREM KAJMAKOWY

Składniki: około 1/3 puszki gotowego kajmaku, niecałe 3/4 opakowania serka mascarpone.

Przygotowanie: Na około 5-10 minut przed wyciągnięciem spodu możemy zabrać się za pierwszy, bardzo prosty krem. Po prostu miksujemy kajmak z serkiem, a następnie masę rozprowadzamy po zwartym już spodzie. Formę wkładamy ponownie do lodówki, na około godzinę.

WARTSWA III - KREM Z BITEJ ŚMIETANY, MASCARPONE I BIAŁEJ CZEKOLADY

Składniki: śmietana 30% 200g, tabliczka białej czekolady, około 1/4 opakowania serka mascarpone.

Przygotowanie: Śmietanę wkładamy na 5-10 minut do zamrażarki. W tym czasie czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, a następnie odstawiamy do ostudzenia, mieszając co jakiś czas. Schłodzoną śmietanę ubijamy w wysokim naczyniu, łączymy ją z serkiem i czekoladą. Po rozprowadzeniu kremu na cieście wkładamy całość na 15-20 minut do lodówki. 

WARSTWA IV - DODATKI

Składniki: mini piegi Delecta, Kinder Bueno, czekoladki Kinder.

Przygotowanie: Czekoladki Kinder oraz Kinder Bueno dzielimy na kawałki według uznania, a następnie wbijamy w górną warstwę kremu. Odstawiamy do lodówki na minimum godzinę. Kolorowe mini piegi zostawiamy na koniec. Sypiemy nimi przed podaniem ciasta, gdyż po dłuższym leżakowaniu puszczają kolor. 

Z dodatków warto też pomyśleć o jajku niespodziance - na urodziny jak znalazł :). Standardowo biednemu wiatr w oczy wieje i w sklepach, które odwiedziłam, Kinder Surprise nie było! Polecam też, jeśli czas Wam pozwoli, zrobić ciacho tego samego dnia, przed imprezą. Obowiązki zmusiły mnie do przygotowania tortu na raty - wieczorem jednego dnia i po pracy drugiego, kiedy to właściwie musiałam dołożyć kolorowe piegi i świeczki. Przez noc czekolada z batoników "spociła się", co pewnie zauważyliście na zdjęciu. Na szczęście smak pozostał bez zmian :).

W przyszłości marzy mi się przygotowanie tortu à la Kinder "z prawdziwego zdarzenia". Teraz, kiedy w końcu kupiliśmy nowy piekarnik, właściwie nic nie stoi na przeszkodzie. Piekł ktoś z Was kiedyś takie ciacho :)? A może nie lubicie tego typu wariacji? Jak zawsze czekam na komentarze. Ściskam Was serdecznie!

PS. Wybaczcie mi chwilową nieobecność na Waszych blogach! Ostatnio miałam trochę mniej czasu na szperanie w sieci, na szczęście teraz mogę nadrobić zaległości :). 

środa, 5 lipca 2017

BIOLOVE: Peeling do stóp GREEN TEA.

Zadbanie o kondycję skóry stóp to dla mnie bardzo ważny element pielęgnacji, a w szczególności przed i w trakcie sezonu wakacyjnego. Chyba każda kobieta marzy, aby latem bez obaw wsunąć na nogi niewiele zakrywające klapki. Poza wklepywaniem kremów i mechanicznym usuwaniem naskórka dzięki pilnikowi Sholl, o którym pisałam tutaj, bardzo często stosuję peelingi. Jednym z nich jest peeling do stóp GREEN TEA mojej ukochanej marki BIOLOVE.


Zamknięty w małym słoiczku kosmetyk ma fajną konsystencję - ścisłą, ale nie nadmiernie twardą. Bez większego wysiłku mogę nabrać dowolną ilość na palce, a spotkałam się już kiedyś z bardzo zbitymi produktami i wierzcie, irytowało mnie to maxa. Wygodna forma opakowania pozwala na pełne wykorzystanie zawartości, nic nie trzeba rozcinać ani siłować się przy wydobywaniu końcówki peelingu. Przecież nic nie może się zmarnować :D. Na plus zasługuje delikatny, przyjemny dla nosa, odświeżający zapach zielonej herbaty. Czy peeling sprawdza się jako zdzierak? Dla niewiele wymagających stóp na pewno będzie to niezłe rozwiązanie. Moje potrzebują nieco więcej uwagi i pracy, dlatego też nie oczekiwałam jakichś spektakularnych efektów. Peeling BIOLOVE dzięki ostrym drobinkom fajnie ściera naskórek, w pewnym stopniu wygładził skórę moich stóp. Czułam też delikatne nawilżenie, aczkolwiek ja i tak zawsze muszę zaaplikować sporą ilość kremu :).


Peeling do stóp o zapachu zielonej herbaty marki BIOLOVE kupicie tylko w sieci Kontigo (stacjonarnie lub przez sklep www). Za 100 ml zapłacicie około 15 złotych. Pojemność może wydawać się mała, jednak wierzcie, ten produkt jest wydajny i wart swojej ceny. Ktoś z Was miał okazję stosować ten peeling albo inne kosmetyki BIOLOVE? Dajcie znać w komentarzach! Buziaki, Karolina.

niedziela, 2 lipca 2017

The Coincidence: "Przyszłość Violet i Luke'a".

Witajcie Kochani! Zgodnie z obietnicą przybywam z recenzją czwartego tomu serii "The Coincidence" autorstwa Jessiki Sorensen. "Przyszłość Violet i Luke'a" stanowi kontynuację losów bohaterów z poprzedniej części, o której pisałam TUTAJ.



"Przeznaczenie znów krzyżuje drogi Violet i Luke'a, a piętno przeszłości wciąż nie daje o sobie zapomnieć."

Kiedy Luke i Violet odkryli, że matka chłopaka była powiązana ze śmiercią rodziców dziewczyny, ich kontakt urwał się na kilka miesięcy.  Violet wróciła do swojego ex, Prestona, a Luke znowu wplątał się w kłopoty. Tym razem chodziło o pokera i grę w nieodpowiednim towarzystwie... I jak to bywa, w gorszym momencie jego życia los ponownie połączył go z Violet. Oboje wyruszyli do Vegas, a ich wyprawie przyświecał jeden cel - zarobić na dług Luke'a. A przynajmniej spróbować.

Podróż do Vegas wzbudziła w dziewczynie masę wątpliwości. Violet czuła się wewnętrznie rozdarta. Z kim powinna być? Czy powrót do Prestona był błędem? Może to Luke jest jej pisany? W końcu przy nim jej życie wydawało się być lepsze, a on sam okazywał jej troskę... Wewnętrzne, emocjonalne burze dziewczyny pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy detektyw przekazał jej pewne informacje. Czy po tej wiadomości Violet będzie umiała komukolwiek zaufać?

Sorensen po raz kolejny mnie nie zawiodła. Autorka ponownie zafundowała bogaty wachlarz odczuć. Interesująca fabuła wciągała samego początku, co rusz wywołując różnorakie emocje. Bohaterowie, dzięki skomplikowanym charakterom, w ogóle nie wywoływali we mnie jakiegokolwiek odczucia nudy. Jessica porusza w swej powieści trudne tematy - alkohol, narkotyki, hazard czy też po prostu przedstawia traumatyczne doświadczenia bohaterów, które niewątpliwie przyczyniły się do ukształtowania ciemnych stron charakteru poszczególnych postaci.

"Przyszłość Violet i Luke'a" nie jest słodką, cukierkową, romantyczną powieścią, którą czyta się lekko i przyjemnie przy kubeczku ulubionej herbaty. Tytułowym bohaterom towarzyszyło wiele bolesnych odczuć, los przecież ich nie oszczędzał. Czytelnik musi być przygotowany na wątki, przy których będzie pękać serce, przy których poczuje się tak samo rozdarty, jak bohaterowie.

Czwarta część cyklu, podobnie jak poprzednie części, zdecydowanie zasługuje na uwagę. Dzięki serii "The Coincidence" Jessica Sorensen trafiła do grona pisarzy, których sobie bardzo cenię, a losy Callie, Kaydena, Luke'a, Violet i pozostałych bohaterów stały się jednymi z moich ulubionych powieści.

Za egzemplarz książki "Przyszłość Violet i Luke'a"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

czwartek, 29 czerwca 2017

The Coincidence: "Przeznaczenie Violet i Luke'a".

Jessica Sorensen zachwyciła mnie swoją twórczością za sprawą książki "Przypadki Callie i Kaydena". Kolejna część, "Ocalenie Callie i Kaydena", także przypadła mi do gustu. Seria "The Coincidence" bez wątpliwości jest jednym z bardziej wciągających cykli literackich, jakie poznałam w swej czytelniczej karierze. Dziś przygotowałam dla Was recenzję trzeciego tomu - "Przeznaczenie Violet i Luke'a".


"Fascynująca opowieść o dwojgu młodych ludziach, którzy za wszelką cenę starają się uciec od przeszłości i wspólnie odnaleźć ścieżkę nowego życia".

Luke od zawsze musiał stawiać czoła światu. Jego wspomnienia z okresu dzieciństwa nie należały do najprzyjemniejszych. Aby wyciszyć i zatrzeć złą przeszłość, chłopak skupiał się na nic nieznaczących związkach. Przelotne przygody z kobietami miały stanowić swego rodzaju ucieczkę od nieprzyjemnych wspomnień. Niestety, mimo rozpaczliwych starań, przeszłość i tak go prześladowała.

Violet, podobnie jak Luke, nie mogła pochwalić się radosnymi wspomnieniami. Będąc dzieckiem doświadczyła strasznej rzeczy - została sama, bez żadnej rodziny. W wyniku niewyjaśnionego morderstwa straciła matkę i ojca. Przez życie kroczyła zaliczając domy zastępcze, a opiekę nad nią sprawowali nieodpowiedzialni, przybrani rodzice. Brak troski z ich strony, obecność narkotyków, a przede wszystkim brak wsparcia w tym trudnym dla Violet okresie zdecydowanie nie były powodem do szczęścia. Nieprzyjemne doświadczenia spowodowały, że dziewczyna zdystansowała się i nigdy nie pozwalała sobie na uczucia.

I nagle bum. Los skrzyżował drogi Luke'a i Violet. Bohaterowie z jednej strony ze sobą walczą, z drugiej zaś coś ich ku sobie popycha. Rodzi się między nimi uczucie, którego oni sami jeszcze nigdy nie mieli okazji poczuć, poznać. Co wyniknie z tego spotkania? Czy bohaterowie zapomną o przeszłości? Czy od niej w ogóle można uciec?

Książki autorstwa Sorensen wciągają, jest to dla mnie sprawa oczywista. Choć autorka często używa znanych już z literatury młodzieżowej schematów, takich jak trudne dzieciństwo, samotność, odrzucenie, problemy z rodzicami lub ich strata, to jej powieści są i tak ciekawe. Główni bohaterowie książki to młodzi ludzie, którzy zmagają się z problemami emocjonalnymi. Taką kreację postaci można właściwie uznać za znak rozpoznawczy historii tworzonych przez Sorensen. Traumy i bolesna przeszłość osłabiają człowieka, co odbija się na głównych bohaterach - są rozbici, mają problemy z własnym życiem, a jego kontrolowanie wymyka im się z rąk.

Losy Violet i Luke'a nie pochłonęły mnie tak bardzo, jak powieści dotyczące Callie i Kaydena, co oczywiście nie znaczy, że były kiepskie! Wciągająca fabuła, barwni, odmienni bohaterowie - czytelnik nie powinien narzekać na nudę. Każda kolejna strona przepełniona jest masą emocji, co także można uznać za znak rozpoznawczy powieści Jessiki. Książka zdecydowanie warta uwagi!

Znacie twórczość Sorensen? Już w następnym wpisie będziecie mogli poznać kolejną książkę z cyklu "The Coincidence" - drugą część losów Violet i Luke'a. Pozdrawiam, Karolina.

wtorek, 27 czerwca 2017

Zatrzymane w kadrze uroki Góry Gradowej.

Hej! Ostatnio czas ucieka mi niesamowicie szybko, właściwie dzień w dzień coś się dzieje. Na szczęście dzięki temu nie narzekam na nudę :). Miniony weekend był niezwykle udany - zaliczyliśmy pierwszą w tym sezonie wycieczkę rowerową (krótką, ale zawsze!) i udaliśmy się na kilka dłuższych spacerów. Jeden z nich zahaczył o Górę Gradową, jeden z charakterystycznych punktów Gdańska.




Wiele razy odwiedzaliśmy to miejsce. Najbardziej urzekało mnie wieczorami, kiedy z punktu widokowego mogłam podziwiać rozświetlone tysiącem ciepłych lamp i lampeczek miasto. W ostatnią sobotę odkryłam kolejną, równie piękną odsłonę Góry Gradowej. Poza standardową panoramą miasta, moje serce podbiły setki (jeśli nie tysiące) MAKÓW! Porastały prawie każdy wolny kawałek zieleni. Nie mogłam sobie odpuścić małej sesji zdjęciowej :).








Mam nadzieję, że zdjęcia przypadły Wam do gustu. Pora późna, więc lecę naładować w łóżku akumulatory na środę. Jutrzejszy, w pełni wolny od obowiązków dzień zamierzam wykorzystać w 100 %! Przesyłam gorące pozdrowienia, Karolina :).

niedziela, 25 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Współcześni kochankowie", błyskotliwa opowieść Emmy Straub.

Premiera najnowszej powieści Emmy Straub zbliża się wielkimi krokami. Już 4go lipca będziecie mogli wziąć w swoje ręce książkę "Współcześni kochankowie", bestseller "New York Timesa". Tymczasem przygotowałam dla Was przedpremierową recenzję :)! Zapraszam do lektury.


Elizabeth, Andrew i Zoe przyjaźnią się ze sobą od wielu lat. Ich historia rozpoczęła się już na studiach, a wiadomo, ten okres w życiu człowieka rządzi się swoimi prawami. Wraz z upływem czasu szaleństwo z lat uczelnianych zamienia się we wzloty i upadki typowe dla dorosłości...

Zoe przeżywa uczuciowy kryzys z Jane. Związek kobiet wisi na włosku, a przeprowadzka i rozejście się wydają się być nieuniknione. Ich córka, nieco buntownicza Ruby, kończy szkołę i właściwie nie ma zamiaru udać się na uczelnię wyższą. Wszelkie podania pisała w ten sposób, aby jej aplikacja została odrzucona. "Na samą myśl o zasranych testach kwalifikacyjnych do college'u Ruby dostawała drgawek". Co więcej, właśnie rozstała się z Dustem, niezbyt grzecznym chłopakiem, którego za żadne skarby nie przedstawiłaby swoim matkom. Za to wydaje się, że postanowiła odświeżyć przyjaźń z Harrym.

Elizabeth i Andrew studencką przyjaźń zamienili w małżeństwo. Owocem ich związku stał się Harry - spokojny, mądry chłopak. Syn nie sprawiał im żadnych problemów. No może aż do chwili, gdy zaczął się spotykać z Ruby. A właściwie kiedy ta dwójka zaczęła... ze sobą sypiać! Co więcej, Elizabeth dostała propozycję wykorzystania piosenki  powstałej za czasów młodości w jednym z filmów. Choć to ona była autorką tekstu, to jednak Andrew także przyczynił się do jej stworzenia i bez jego zgody intratne przedsięwzięcie nie miało szans na realizację. Tematu unikał jak ognia... Jego uwagę skupiało teraz na sobie tajemnicze EWOLUtorium.

Co stanie się z Zoe i Jane? Czy ich związek uda się naprawić? Czy Elizabeth namówi męża na odświeżenie ich muzycznej kariery? Co wyniknie z zainteresowania Andrew EWOLUtorium? Jak ułoży się relacja Ruby i Harrego?

"Współcześni kochankowie" to błyskotliwa, niezwykle dowcipna książka przedstawiająca historię przyjaciół. Autorka poruszyła temat ekscytującej strony młodzieńczego życia, jego uroku, przyciągających jak magnes pokus, ale dla kontrastu dodała także zaskoczenie, jakie budzi u dorosłych rzeczywistość towarzysząca ludziom wieku średniego. Emma Straub udowodniła także, że pasje, takie jak gotowanie, tworzenie muzyki czy też samo utrzymywanie i pielęgnowanie wieloletnich przyjaźni, z biegiem czasu się rozwijają i, tak jak wino, stają się jeszcze lepsze.

Sam pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Umiejscowienie akcji w Nowym Jorku także - nie wiem, jak to się dzieje, ale wszystkie przeczytane przeze mnie książki, których wydarzenia umiejscowiono właśnie w tym mieście, zawsze mnie urzekają. Nowy Jork ma jakiś taki klimat, który ciężko mi wyjaśnić. Po prostu, to Nowy Jork. Poza samą akcją, na duży plus zasługuje także kreacja bohaterów. Nie są nudni, a w ich zachowaniu raczej nie dopatrzyłam się schematyczności.

"Współcześni kochankowie" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Emmy Straub, bestsellerowej autorki, której kilka pozycji ukazało się na liście "New York Timesa". Licząca prawie 500 stron powieść zapewniła mi wiele chwil przyjemności. Przeplatające się losy młodych i starszych bohaterów wciągnęły mnie właściwie od samego początku. Jak dla mnie powieść zasługuje zdecydowanie na ocenę pozytywną :). 

Za egzemplarz recenzencki książki "Współcześni kochankowie"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 22 czerwca 2017

BIOLOVE: Mus do ciała MANGO.

Witajcie Kochani :). Niedawno mieliście okazję poznać mojego ulubieńca marki BIOLOVE, mianowicie mus do ciała o zapachu ciasteczkowym. Dziś chciałabym zaprezentować kolejną petardę, która, choć nie przebiła wersji COOKIE, nadal jest godna uwagi - mus do ciała MANGO.


To niewielkie cudeńko pachnie niezwykle apetycznie. Po otwarciu słoiczka wyczuwalna jest soczysta, egzotyczna, pełna słońca woń. Miałam wrażenie, że trzymam pod nosem owocowego Bakusia :D! Mus sprawdzi się idealnie w okresie wakacyjnym, ale nikt przecież nie broni aplikować go na swoją skórę w innych okolicznościach :). Zapach długo utrzymuje się na skórze, co jest zdecydowanym plusem produktów BIOLOVE. Konsystencja musu zachwyca. Mazidło jest puszyste, cudownie się rozprowadza, pozostawiając długotrwały efekt nawilżenia. Oczywiście stan skóry to kwestia indywidualna i najlepiej wszystko testować osobiście. Mnie mus może służyć, ale jeśli ktoś ma spore problemy z przesuszaniem się, może wysnuć zupełnie inne obserwacje po sprawdzeniu na sobie.


Tradycyjnie muszę pochwalić bardzo przyjemne dla oka opakowanie! Słoiczek zdecydowanie należy do praktycznych opakowań. Dzięki takiej formie łatwo jest wydobyć końcówkę kosmetyku i nic się nie zmarnuje.

Mus do ciała o zapachu mango zdecydowanie spełnił moje oczekiwania i na pewno będę do niego wracać. Pozdrawiam serdecznie, Karolina :).

wtorek, 20 czerwca 2017

Przyrodnicze kadry z Parku Oliwskiego.

Długi weekend rozpoczął się w Trójmieście piękną pogodą. Ciesząc się słońcem i błękitnym niebem od razu zakomunikowałam, że czwartkowy poranek spędzimy w Parku Oliwskim. No a wiadomo, jak park, to i aparat musi być. Adaś cierpliwie znosił pauzy przy kwiatkach i zauważonych przypadkiem ptakach. Zaliczyliśmy dwie trasy - jedną fotograficzną, drugą totalnie relaksującą, bez przerw na łapanie w kadr przyrody. Poniżej załączyłam kilka zdjęć z czwartkowego spaceru :).
















Z racji tego, że dziś zrobiłam sobie totalny dzień leniwca, nie będę się rozpisywać - książki, listy i seriale w końcu czekają :D! A właśnie, na moim fanpage trwa konkurs, do wygrania "Dla niej wszystko", książka, którą recenzowałam w poprzednim poście. Chętnych zapraszam do udziału - wystarczy kliknąć w TEN LINK :). Przesyłam pozdrowienia, K.

niedziela, 18 czerwca 2017

Alexa Riley "Dla niej wszystko" - opowieść ze szczyptą erotyki.

Nowe życie, wspaniale zapowiadająca się kariera zawodowa, wspierająca nas we wszystkim najlepsza przyjaciółka i ukochany mężczyzna u boku... Brzmi jak receptura na szczęście, prawda? A może jak przepis na wciągającą i intrygującą powieść? Tak się składa, że właśnie taką historię dla Was dziś przygotowałam. Zapraszam na recenzję "Dla niej wszystko", książki napisanej przed dwie autorki ukrywające się pod pseudonimem Alexa Riley.



"Kiedy obsesja zamienia się w szaleńczą miłość..."

Mallory wraz z przyjaciółką Paige rozpoczyna nowe życie w USA. Ciężka praca  i determinacja dziewczyny zaprocentowała stypendiami i ofertą jednego z najbardziej pożądanych przez studentów staży w nowojorskiej firmie Osbourne Corp. Mallory osiągnęła w życiu to, o czym tylko mogła pomarzyć wówczas, gdy wychowywała się w rodzinie zastępczej. Świat stał dla niej otworem, tak jak i kariera zawodowa. Do pełni szczęścia brakowało tylko tej drugiej osoby... Zaraz po przeprowadzce do miasta, Paige wyciąga Mallory na miasto uczcić nowy początek. W jednym z klubów główna bohaterka spotyka tajemniczego i intrygującego mężczyznę - Milesa, który przedstawia się jej jako Oz. Między nimi od razu zaczyna iskrzyć. Mimo niewątpliwej chemii Mallory jest pełna wątpliwości. W końcu opiera się uczuciu i zakochuje się w Milesie, będącym ukoronowaniem jej wszystkich marzeń.

"Czasami jednak to przeznaczenie wybiera, w kim się zakochujesz i kto sprawia, że tracisz nad sobą kontrolę. Kto obejmuje w posiadanie twoją duszę."

Sielankowe uczucie rozwijało się w ekspresowym tempie. Miles dbał o Mallory w taki sposób, o jakim marzyłaby większość kobiet. Niezwyczajne i niekiedy spektakularne niespodzianki oraz skupienie uwagi tylko na Mallory wzmagało jej poczucie wyjątkowości. Oz momentami odkrywał obsesyjną, zaborczą i władczą stronę swojej duszy, jednak to w ogóle nie przeszkadzało bohaterce. Ba, nawet jej się takie zachowanie podobało. W pewnym jednak momencie coś poszło nie tak. Na jaw wyszła skrywana przez wszystkich tajemnica. Co zrobić, gdy przeznaczenie okazuje się jednak dokładnie przygotowanym planem?

"Nigdy nie zapomnę, jak wtedy wyglądała, tak bardzo pewna siebie. Przyglądałem się jej z daleka. Nie podszedłem do niej ani jej nie zaczepiłem jednak nawet na chwilę nie spuściłem jej z oczu. (...) wyznaczyłem dla niej ścieżkę. Ścieżkę wiodącą do mnie."

"Dla niej wszystko" wciągnęła mnie od pierwszej strony. Są takie książki, których nie chce się odkładać na bok i ta właśnie taka była. Przeczytałam ją błyskawicznie, najchętniej nie robiłabym pauzy. Elektryzująca opowieść o związku Mallory i Milesa w ogóle mnie nie nudziła. Chciałam więcej i więcej! Barwnie wykreowani bohaterowie skupiali na sobie moją uwagę, szczególnie Oz, po którym ciężko czasami było odgadnąć, czego można się spodziewać i jaki będzie jego kolejny krok. Fabuła także absorbowała mnie bez reszty. Liczne zwroty akcji i pikantne sceny wiszące w powietrzu rozbudzały moją ciekawość.

Minusem, właściwie chyba jedynym, jaki zauważyłam w tej powieści, było niekiedy zbyt ordynarne, jak na mój gust, słownictwo w niektórych erotycznych wątkach. Zdarzało się ono na szczęście rzadko i w żadnym wypadku nie psuło pozytywnego odbioru książki.

Po dotarciu na ostatnią stronę czułam lekki zawód - dlaczego to już koniec?! Ciężko było mi się z rozstać z bohaterami, z którymi spędziłam kilka godzin. Bardzo się cieszę, że mogłam zapoznać się z książką "Dla niej wszystko". UWAGA! Jeden egzemplarz będziecie mogli wygrać w konkursie na moim fanpage. Wpadajcie wieczorem na FB i śledźcie stronę :).

Za egzemplarz książki "Dla niej wszystko"
serdecznie dziękuję Burda Książki.

piątek, 16 czerwca 2017

BIOLOVE: Świeca do masażu ORANGE & VANILLA.

Cześć :). Do tej pory prezentowałam świece przeznaczone raczej do dekoracji i fundowania przyjemności zapachowych. Tym razem przedstawiam produkt, który prócz relaksującego aromatu posiada także właściwości pielęgnacyjne i doskonale sprawdza się w zabiegach kosmetycznych. Mowa o MASSAGE CANDLE ORANGE & VANILLA marki BIOLOVE.


Świeczka przeznaczona jest do nawilżającego i regenerującego masażu ciała. Dzięki obecności masła shea i oleju kokosowego w składzie produktu, skóra staje się miękka i gładka. Jak aplikować to cudeńko? Podczas kąpieli rozpalamy świeczkę, która wypełnia łazienkę relaksującym zapachem pomarańczy i wanilii. Wychodząc z wody wystarczy zgasić płomień, osuszyć ciało ręcznikiem i nabierać lub po prostu wylać ostrożnie na dłonie wytopiony balsam. Dobrze jest przed aplikacją sprawdzić, czy temperatura specyfiku nie jest zbyt wysoka. Jeśli nie jesteście fanami tłustej warstwy na skórze, to ta świeca nie jest dla Was. Mnie to nie przeszkadza, w takich przypadkach kosmetyki stosuję po prostu po wieczornym prysznicu. Zapach wytopionego balsamu przez długi czas utrzymuje się na skórze.

Używaliście kiedyś świec do masażu? Ja nie i mój pierwszy raz w tym temacie zaliczyłam właśnie dzięki BIOLOVE. Takie świece dostępne są także w Rossmannie, jednak warianty zapachowe niezbyt mnie zainteresowały. Pozdrawiam serdecznie, Karolina.

środa, 14 czerwca 2017

Wieżyca - z wizytą na kaszubskim punkcie widokowym.

Sposobów na zabicie niedzielnej nudy mamy z Adamem wiele. Czasem idziemy po prostu na spacer, wybierając jakąś znajomą część Trójmiasta, innymi razy ruszamy gdzieś dalej. W minioną niedzielę w końcu postanowiliśmy wyskoczyć na małą wycieczkę na Kaszuby. Cel - wieża widokowa na szczycie Wieżyca.


Wieżyca stanowi najwyższy szczyt moreny czołowej na całym Niżu Środkowoeuropejskim. Wznosi się na wysokości 329 m nad poziomem morza i stanowi nie lada atrakcję turystyczną Kaszub.


Jednym z tamtejszych, często odwiedzanych przez przyjezdnych punktów jest Kaszubska Wieża Widokowa im. Jana Pawła II, mierząca ok. 30 m. Postawiono ją w 1997 roku. Z jej szczytu rozciągają się wspaniałe widoki na pofałdowaną kaszubską krainę. Lasy, domy, jeziora, pola, czyli krajobrazy w cudownym wydaniu. Wieść niesie, że przy bezchmurnej pogodzie ze szczytu można dostrzec nawet Mierzeję Helską!







Pogoda spłatała nam małego psikusa. O ile temperatura nie zmieniała się diametralnie i było ciepło, to towarzyszące nam przez całą drogę słońce pochowało się za chmurami na kilka kilometrów przed punktem docelowym naszej wycieczki. Błękit nieba także gdzieś się ukrył. Mimo wszystko to, co zobaczyliśmy, na pewno zostanie nam w pamięci. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy :).



KILKA PRAKTYCZNYCH INFORMACJI: pod wieżą widokową znajduje się parking. Zmotoryzowani turyści zapłacą 4 zł za samochód osobowy. Wejście na wieżę również jest płatne. Bilet normalny kosztuje 6 złotych, aczkolwiek dla młodszych obowiązują zniżki. Wejściówkę kupuje się przed wejściem na wieżę. Tam również dostępne są pamiątki, m.in. pocztówki i magnesy. Do punktu widokowego prowadzi niedługa, szeroka, niestroma ścieżka. Nie powinna ona nikomu sprawić trudności, tak samo jak i wejście na górę.

Lubię zwiedzać miasta, poznawać architekturę i atrakcje turystyczne różnych miejsc, ale cenię sobie także wypady na łono natury, gdzie mogę otaczać się zielenią. Przyroda potrafi być niezwykle wdzięczna! Przesyłam pozdrowienia, Karolina.