wtorek, 30 maja 2017

Saal Digital: Test fotoobrazu.

Hej Kochani! Jeśli śledzicie mojego bloga oraz fanpage na bieżąco, to na pewno zauważyliście, że całkiem niedawno miałam przyjemność przetestować jeden z produktów firmy Saal Digitalfotozeszyt. Zadowolona z usługi postanowiłam zgłosić się do kolejnego testu, którego przedmiotem był tym razem fotoobraz.


Przy tworzeniu i zamawianiu produktu ponownie korzystałam z intuicyjnej aplikacji Saal Design, o której wspominałam tutaj. Na początku musiałam wybrać rodzaj materiału, z którego wykonywany jest obraz. Zdecydowałam się na fotoobraz na płótnie o wymiarach 40x50 cm. Płótno artystyczne wydaje mi się taką stylową klasyką. Na etapie pracy ręcznej płótno naciągane jest na stabilne krosno malarskie z drewna. Dzięki temu zabiegowi fotoobraz można od razu zawiesić na ścianie bez konieczności instalowania dodatkowej ramy. Firma oferuje jeszcze 5 innych powierzchni oraz całą gamę rozmiarów - wszystko można sprawdzić na tej stronie.


W kolejnym kroku projektowania fotopamiątki należy dobrać zdjęcie. Oj, miałam dylemat! Trzeba pamiętać, że przy takim rozmiarze fotografia musi być naprawdę dobra jakościowo. Na szczęście aplikacja informuje o walorach wybranego pliku. Nie musimy się więc obawiać, że wybierzemy nieodpowiednią, kiepską wartościowo fotografię, która ostatecznie nam się "rozpikselizuje" i będzie nieciekawie się prezentować. "Bardzo dobra jakość" zdecydowanie zwiastuje perfekcyjne wykonanie graficznej części obrazu. Potem już tylko pozostaje złożenie zamówienia. Koszt tej przyjemności w moim przypadku oszacowany został na 212 zł plus 30 zł za wysyłkę (miałam do wykorzystania 250 zł na całe zamówienie). Cena może różnie się kształtować, wszystko zależy od wybranego formatu i rodzaju tworzywa, z którego wykonana zostanie fotopamiątka.

Obraz zamówiłam we wtorek rano, a już w sobotę po śniadaniu zawitał do mnie kurier :). Ekspresowa produkcja, szybki transport i wspaniały efekt końcowy - śmiało mogę stwierdzić, że całość przerosła moje oczekiwania! Fotoobraz wykonany jest starannie, nie zauważyłam żadnych niedociągnięć. Jakość zachwyca. Jeśli kiedyś będę chciała wykonać ze swoich zdjęć jakąś wiszącą na ścianie dekorację, to na pewno ponownie skorzystam z usług Saal Digital.

Lubicie fotoobrazy? Może wystroiliście już nimi swoje mieszkanka i domy? Ciepło pozdrawiam, K.

poniedziałek, 29 maja 2017

Światowy bestseller - "Lektor" Bernharda Schlinka.

Po przyjemnych, obyczajowo-romantycznych historiach, po które ostatnio sięgałam, przyszła pora na coś refleksyjnego. Na coś, czego nie można połknąć za jednym zamachem, co trzeba sobie dzielić, dawkować, aby móc się chwilę zastanowić i wysnuć interpretacje, wnioski. Książką, która idealnie wpisuje się w te ramy, jest stosunkowo niewielki objętościowo "Lektor" Bernharda Schlinka. Pozycja niezbyt obszerna pod względem stron, jednak niezwykle naładowana emocjami.


W Niemczech, w latach już po wojnie, Michaela Berga niespodziewanie dopada żółtaczka. Choroba atakuje młodego chłopca w najmniej oczekiwanym momencie. Podczas drogi ze szkoły piętnastolatek zwymiotował w miejscu publicznym. Zdarzenie widziała pewna dojrzała kobieta po trzydziestce - pani Schmitz. Pomogła wówczas chłopcu i zaprowadziła go do domu. Po kilku miesiącach choroby, zdrowy Michael, za wskazówką mamy udał się do nieznajomej, aby podziękować jej za pomoc. Na niezobowiązującym geście i wyrazie wdzięczności się jednak nie skończyło, ponieważ relacja tych dwojga zamieniała się w coś więcej...

Namiętny romans, ale i czułość wynikająca z bliskości, zostają po pewnym czasie niespodziewanie skończone. Hanna Schmitz zniknęła bez śladu. Nietrudno się domyślić, że był to szok dla chłopca i długo dochodził do siebie. Dopiero po latach, kiedy Michael studiował prawo, spotkał swoją dawną ukochaną ponownie, tym razem jako oskarżoną w procesie strażniczek w obozie koncentracyjnym. Wówczas zaczęło do niego docierać, jaką mroczną i bolesną przeszłość skrywała przed nim Hanna. Niektóre głęboko skrywane tajemnice ujrzały światło dzienne.

"Warstwy naszego życia leżą tak głęboko jedna na drugiej, że w tym co później stale nas spotyka, jest coś, co było wcześniej, i co nie jest zakończone i załatwione, ale współczesne i nadal żywotnie."

Bernhard Schlink przygotował dla swoich czytelników wspaniałą powieść o ludziach, o ich słabościach, które mogą prowadzić do niekoniecznie dobrych czynów, o uczuciach, zrozumieniu, godności, wolności.  Historię poznajemy z punktu widzenia dorosłego już, a właściwie starszego mężczyzny, wydawać by się mogło, że bardzo samotnego. Nie jest to lekka i łatwa historia. "Lektor" momentami jest utworem skomplikowanym, ale i intrygującym, oryginalnym. Powieść przepełniona została pytaniami, na które nie zawsze można odnaleźć jednoznaczną odpowiedź. Liczne fragmenty zmuszają do refleksji, do zastanowienia się nad niektórymi, życiowymi sprawami.

"Dlaczego? Dlaczego to, co było piękne, blaknie, kiedy wracamy do tego pamięcią, kruszy się i rozpada, bo kryło okropną prawdę? Dlaczego zalewa nas żółć na wspomnienie szczęśliwego małżeństwa, kiedy okazuje się, że jedno z partnerów przez te wszystkie lata miało kochanka? Bo co? Bo nie można być w takiej sytuacji szczęśliwym? Ale przecież było się szczęśliwym!"


Zrozumienie tego, jak ludzie postępują w niektórych sytuacjach, nie należy do łatwych spraw. Szczególnie trudnym okresem w dziejach ludzkości była II wojna światowa, obozy koncentracyjne i wychowywanie dzieci w myśl założeń niemieckiego hitleryzmu. Książkę uważam za naprawdę godną uwagi. Choć jest krótka, zawiera to, co najważniejsze, bez zbędnego owijania w bawełnę. Bardzo dobrze zarysowana fabuła składania poprzez tajemnicze wątki do rozmyślań. Bohaterowie również są ciekawymi, wyrazistymi postaciami. "Lektora" polecam każdemu.

Za możliwość przeczytania książki "Lektor"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 25 maja 2017

Summer Harbor: "Uciekająca narzeczona" Denise Hunter.

Pamiętacie moją recenzję "Jak płatki śniegu..."? Jeśli tak, to wiecie, że wspomniana książka była pierwszą częścią serii Summer Harbor. Niedawno swojej premiery doczekała się druga, zatytułowana "Uciekająca narzeczona". To własnie na jej recenzję Was dzisiaj zapraszam :).


Zac i Lucy byli w sobie szaleńczo zakochani. Szykowali się już do ślubu, jednak coś poszło nie tak. Ich związek rozpadł się na krótko przed uroczystością. Właściwie, to zakończyła go Lucy, znikając jak kamfora. Zac, jeden z braci Callahanów, musiał stawić czoła przeciwnościom losu i z bólem zapomnieć o szczęściu u boku ukochanej kobiety, rzucając się w wir pracy. Gdy już wszystko wydawało się być ustabilizowane, Callahan otrzymał dziwny telefon... To była Lucy. Jak gdyby nigdy nic zadzwoniła i oświadczyła, że musi po nią przyjechać, ponieważ miała drobny wypadek. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby para nie rozstała się... 7 miesięcy temu! W wyniku upadku na śliskiej podłodze Lucy straciła pamięć i jedyne, co wiedziała, to fakt, iż kocha Zaca ponad wszystko i mają się niebawem pobrać. Kompletnie nie wiedziała, dlaczego znajdowała się w Portland, kawał drogi od Summer Harbor, ani też dlaczego ubrana była... w suknię ślubną! Brzmi intrygująco, prawda?

Zac z ciężkim sercem postanowił pojechać do Portland i wyjaśnić całą tę dziwną sytuację. Wątpił w szczerość wyznania byłej partnerki, jakoby straciła pamięć. Zdesperowana kobieta z trudem zgodziła się na wizytę w szpitalu - wspomnienia z przeszłości skutecznie zaszczepiły w niej nienawiść do lecznicy. Na miejscu lekarz potwierdził stan Lucy - kobieta straciła pamięć. Co więcej, nie wiadomo, czy w ogóle ją odzyska! Co teraz ma zrobić Zac? Gdzie mieszkała Lucy? Kim był jej niedoszły mąż? Gdzie są jej przyjaciele? Na Callahana czekała masa tajemnic do rozwiązania. I cała masa trudnych do podjęcia decyzji. Lucy go kocha. On, niegdyś zraniony, wolałby uniknąć kontaktu z kobietą, która tak go zraniła. Wciąż jednak w głębi serca czuł pewne rozterki, a jej widok przywoływał wspomnienia... Jak ułoży się ta sytuacja i co stanie się z bohaterami? 

"Uciekająca narzeczona" to kolejna, świetna książka Denise Hunter. Jednym z głównych tematów jest oczywiście miłość, choć jak w poprzedniej części, autorka i w tym tomie nie szczędziła innych, tajemniczych i intrygujących wątków. Czytelnik ponownie ma szansę wczuć się w wyjątkowy, miasteczkowy klimat Summer Harbor. Pozytywny odbiór książki wzmocniony zostaje także dzięki relacjom panującym w rodzinie Callahanów. Wzajemna troska o siebie, czułość, domowe ciepło, miłość i wiara w Boga stwarzają niezwykły obraz kochającej się familii. Czytelnik ma szansę na zatopienie się w lekturze i przeżywanie każdej chwili wraz z bohaterami. Ze mną właśnie tak było :). Powieść wydaje się być lekką w odbiorze, ale nic bardziej mylnego! Nie jest to tylko sielankowy romans z happy endem, bowiem poruszone zostają także inne, ważne, życiowe kwestie. Autorka zawarła wiele poważnych prawd, niejednokrotnie przepełnionych mądrością. Poruszyła także istotę relacji rodzic-dziecko.

Oczywiście muszę przyznać wielki plus za okładkę, jest po prostu idealna, delikatna, wiernie odzwierciedla moje gusta. Jeśli nie czytaliście jeszcze "Jak płatki śniegu...", a chcielibyście zabrać się od razu za lekturę "Uciekająca narzeczona", to właściwie nie ma ku temu przeciwwskazań. Znajomość pierwszej części cyklu nie jest niezbędna, aby zrozumieć drugą, jednak od siebie mogę dodać, że naprawdę warto zapoznać się z obiema powieściami. Każda z nich ma w sobie coś magicznego i dotyczy różnych wątków.


Jestem oczarowana historią, jaką stworzyła Denise Hunter. Ponownie przekonała mnie, że warto sięgać po książki jej autorstwa :). Poszperałam w sieci i wiecie co? Znalazłam zagraniczne wzmianki o kolejnej części serii Summer Harbor! Nawet nie wiecie, jak się cieszę. Niecierpliwie wyczekiwać będę polskiej premiery. W końcu muszę poznać losy trzeciego z braci Callahanów :).

Za możliwość przeczytania książki "Uciekająca narzeczona"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams.

środa, 24 maja 2017

Le Petit Marseillais: Odżywczy krem do rąk.

Ze mną i z kremami do rąk bywa różnie. Muszę przyznać, że w tej materii jestem dość wybredna i wiele produktów odpada w przedbiegach. Nie pasuje mi często konsystencja, zapach, a nawet samo opakowanie niekiedy budzi moją niechęć. Od lat używam jednej, góra dwóch sprawdzonych marek. Jak to w życiu bywa, tak i w kwestiach kosmetycznych mogą wystąpić wyjątki. Właśnie tak było z kremem Le Petit Marseillais, który dostałam w paczuszce urodzinowej. 


Odżywczy krem do rąk Le Petit Marseillais zdecydowanie przypadł mi do gustu. Już po pierwszej aplikacji wiedziałam, że będę chciała do niego jeszcze kiedyś wrócić. Przyjemny zapach otulił moje dłonie na długo! Często łapałam się na tym, że ciągle przystawiałam dłonie pod nos i raczyłam się kremowym zapachem. 


Spotkałam się z opiniami, które mało pozytywnie odnosiły się do wartości nawilżających tego kremu. U mnie pod tym względem kosmetyk się sprawdził. Lekka konsystencja kremu pozwala na szybkie wchłonięcie bez pozostawiania nielubianej i niepożądanej tłustej i lepkiej powłoki. Produkt łączy w sobie odżywcze właściwości masła shea, olejku arganowego oraz słodkich migdałów. 


Zdjęcia robiłam dużo wcześniej, więc niech Was nie zdziwi data JOYa :D. Czy ktoś miał okazję używać tego kremu :)? Jestem ciekawa Waszych opinii! Pozdrawiam ciepło, Karolina.

piątek, 19 maja 2017

Tasmina Perry i jej najnowsza powieść "Pocałunek na pożegnanie".

Są takie książki, które czytamy z ogromną przyjemnością. Po skończonej lekturze stają się naszymi ulubionymi, do których w przyszłości na pewno jeszcze wrócimy. Ostatnio miałam okazję poznać właśnie taką pozycję. Historia zawarta na kartach powieści wspaniale wpasowała się w mój gust czytelniczy. Zapraszam na recenzję książki "Pocałunek na pożegnanie".


"Każdy pamięta swój pierwszy pocałunek, ale jak jest z ostatnim?"

Historia rozpoczyna się w roku 1961 w Buckinghamshire. Wówczas mamy okazję poznać pierwszego, kluczowego bohatera - Dominica Blake'a, podróżnika i stałego bywalca salonów. Odbywał on podczas pewnego przyjęcia rozmowę z Eugene, Rosjaninem. Nie wiedział jednak, jak bardzo ta konwersacja zmieni całego jego życie... Następuje przeskok do czasów współczesnych. W Londynie, w Królewskim Instytucie Kartograficznym na stanowisku archiwistki pracuje Abby Goldman. Zatrudniono ją, aby skatalogowała stare zdjęcia. Kobieta dodatkowo zajmowała się organizowaniem wystaw, miała za zadanie zainteresowanie publiczności zaniedbanymi i niosącymi historię zdjęciami. Początkowo praca wydawała się nie mieć końca. Wszystko jednak się zmieniło, gdy szukając dopełnienia do jednej z wystaw, natrafiła na pewną fotografię, która doprowadziła ją do łez...

"Mężczyzna i kobieta, tuż obok siebie. On przytulił dłoń do jej policzka, ona do jego,
przez co wyglądali, jakby właśnie żegnali się czule."

Emocje między tajemniczymi postaciami wprost wylewały się ze zdjęcia. Zaintrygowana Abby postanowiła dociec prawdziwego sensu tej fotografii. 

Tasmina Perry zgotowała czytelnikom prawdziwy hit! "Pocałunek na pożegnanie" to piękna powieść o miłości, choć nie tylko. Historia ta przepełniona jest licznymi zwrotami akcji oraz tajemnicami. Autorka zabiera czytelnika w podróż nie tylko po świecie, ale i w czasie. Ukazuje, że uczucie między dwojgiem ludzi nie zawsze kończy się happy endem. Przykładem tej smutnej prawdy okazał się związek Rosamund i Dominica. Rose, będąca dziennikarką, na swojej drodze trafia na Dominica. Mimo odmiennych poglądów i wielu kłótni, jak to bywa w romantycznych historiach, oboje w końcu się do siebie zbliżają. Rodzi się wspaniałe uczucie, mężczyzna oświadcza się swojej wybrance serca. Niestety, jego wyprawa do Amazonii zmienia wszystko... To właśnie fotografią Rose i Dominica zajęła się Abby. Romantyczna historia miłości sprzed lat pozwoliła kobiecie oderwać się od własnych problemów małżeńskich. Zdrada ukochanego i wizja rozwodu nie należały przecież do przyjemnych spraw. Jak ostatecznie ułożyły się losy bohaterów?


Historia wciąga od samego początku. Bardzo podobało mi się powiązanie akcji ze zdjęciem. Fotografia stanowi niezwykle ważną część mojego życia i ten temat zawsze będzie bliski memu sercu. Uwiecznione na zdjęciach momenty mają w sobie niezwykłą magię, niosą pewne wspomnienia, emocje. Autorka rewelacyjnie wykorzystała to w swojej powieści.

"... z fotografiami było inaczej. Miały w sobie coś magicznego. Były osobistym zapisem szczególnego okresu, zanim naprawdę poznano świat, a wykonywali je nieliczni ludzie, którzy odważyli się zapuścić poza cywilizację."

Na plus zasługuje także poprowadzenie akcji w dwóch ramach czasowych. Z jednej strony poznajemy teraźniejszość, z drugiej przenosimy się do wydarzeń sprzed wielu lat. Autorka przedstawiła historię dwóch związków. Skupiła się na wiekowej miłości Rosamund i Dominica oraz na rozpadającym się uczuciu Abby i Nicka. 

"Nigdy nie wiesz, ile zdołasz przebaczyć, póki się to nie stanie."

Powieść wywołuje masę emocji, wzrusza, sprawia, że z łatwością przenosimy się do świata bohaterów i razem z nimi przeżywamy każdą chwilę. Czytając książkę, chce się więcej i więcej! Gdyby nie masa obowiązków spoczywających na moich barkach, na pewno czytałabym nieprzerwanie do samego końca. Ta pozycja jest tego warta. Niestety, musiałam sobie dawkować przyjemność. Nie byłabym sobą, gdybym gorąco nie poleciła tej książki zwłaszcza paniom! Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ta historia idealnie nadaje się na film, jednak te z reguły nie oddają tego wszystkiego, co treść pisana. Bywają powierzchowne, pomijają często niezwykle istotne fragmenty książki. Obraz jest w porządku, ale ja wybieram słowo :)! Szczególnie, kiedy jest tak piękne, jak "Pocałunek na pożegnanie".

Za możliwość przeczytania książki "Pocałunek na pożegnanie"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 18 maja 2017

Yankee Candle: Wosk Flowers In The Sun.

Sezon na woski trwa u mnie cały rok. Zmieniają się jedynie zapachy - zimą preferuję te słodsze, ciasteczkowe, na wiosnę i lato wybieram owocowe lub kwiatowe, choć to nie reguła. Wiadomo, kobieta zmienną jest i czasem ma po prostu swoje zachcianki :). W tym tygodniu, nastrojona nieco wakacyjnym klimatem, w końcu wyciągnęłam ze swojego pudełeczka FLOWERS IN THE SUN, który już dawno temu kupiłam na stronie Goodies.pl.


Jak sugeruje miła dla oka etykietka, wosk pochodzi z kwiatowej linii zapachowej z serii Classic. Wrzućcie go do kominka, a Wasze mieszkanie rozkwitnie, dosłownie. Poczujecie się tak, jak gdyby zamieniono je na skąpaną w słońcu łąkę lub ogród. Całość została okraszona owocowymi nutami, które zdecydowanie urozmaiciły moje odczucia. Tartaletka idealnie podkreśla klimat ciepłych słonecznych dni, ale sprawdzi się też jako antydepresant na zimne i szare miesiące. Czemu dopiero teraz zdecydowałam się wypróbować ten wosk?! Głupia ja :). Zapach jest przyjemny, nie dusi, nie mdli.

Flowers In The Sun oczywiście trafia na listę moich ulubieńców. A Wy, mieliście już okazję wypróbować ten wosk? Buziaczki, Karolina.

niedziela, 14 maja 2017

Saal Digital: Test fotozeszytu.

Witam wszystkich moich czytelników :). Jak wiecie, fotografia jest ważną częścią mojego życia. Pasja ta zrodziła się wiele lat temu. Właściwie już w dzieciństwie kombinowałam, jak przechwycić od rodziców aparat i pstryknąć kilka fotek. Z czasem to niewinna fascynacja zaczęła się przeradzać w coś więcej. Robiłam coraz więcej zdjęć, z których byłam dumna. Niektóre pozwoliły mi uzyskać nagrody w konkursach. Efekty swojej pracy starannie kataloguję na dysku komputera, a te najlepsze wywołuję do albumów. Kiedy na horyzoncie pojawiła się możliwość przetestowania fotozeszytu od Saal Digital, nie wahałam się ani chwili i wysłałam swoją aplikację. Kontakt z firmą jest bardzo sprawny, dlatego też nie musiałam długo czekać na odpowiedź o akceptacji mojego zgłoszenia. Jesteście ciekawi, jak to wyglądało od kuchni i jakie uzyskałam efekty? O tym dowiecie się już za chwilę!


Aby stworzyć swoją fotopamiątkę, należy pobrać specjalną aplikację Saal Design. Po zainstalowaniu programu otwiera się przed nami wiele możliwości. W pierwszym etapie możemy wybrać pionową lub poziomą orientację zeszytu oraz jego rozmiar. Niezwykle istotną sprawą jest także podjęcie decyzji co do ilości stron. Kombinacja tych elementów wpływa na cenę, która wyświetlana jest w aplikacji przez cały czas projektowania fotopamiątki. Nie zawiera ona jednak kosztów przesyłki, ale te można sprawdzić na
stronie firmy i je po prostu doliczyć "w głowie".


W drugim etapie mamy szansę puścić wodze fantazji. Intuicyjna aplikacja Saal Design zawiera szereg narzędzi, dzięki którym tworzy się naprawdę świetny zeszyt. Prócz dodawania zdjęć, można je także odpowiednio obracać, przycinać, powiększać. Swoją kreatywność i artystyczną duszę mamy szansę wykazać poprzez dobór teł lub klipartów. Jeśli chcemy dodać jakąś pisaną treść, z tym także nie ma problemu. Edytor tekstu pozwala na umieszczenie w fotozeszycie napisów, wybór ich czcionki oraz wielkości. Na tym etapie możemy także dodać lub usunąć strony z zeszytu. Należy jednak pamiętać, aby kontrolować cenę. O ile pozbycie się zbędnych stron obniży koszt, to dołożenie kolejnych zdecydowanie wiąże się ze wzrostem kwoty. 



Po zakończeniu dodajemy projekt do koszyka. W aplikacji uruchomi się podgląd przygotowanego fotozeszytu, warto go przejrzeć, aby w razie wątpliwości powrócić do kreatora i nanieść ewentualne poprawki. Jeśli wszystko gra, pozostaje tylko złożenie finalnego zamówienia, ustalenie formalności związanych z przesyłką i płatnościami, a w końcu oczekiwanie kuriera!



Na dostarczenie produktu czekałam 6 dni - zamówiłam w sobotę rano, kurier odwiedził mnie w piątek. Przez ten czas mogłam sprawdzać, na jakim etapie znajduje się realizacja projektu. Zdecydowałam się na zamówienie poziomego fotozeszytu w formacie 13 x 18 cm. Wybrałam maksymalną, dostępną liczbę stron - 48. Fotopamiątka finalnie wyniosła 75 złotych plus 20 złotych przesyłki, co zostało pokryte przez indywidualny kod rabatowy w kwocie 100 zł. 



Czy produkt jest wart tej ceny? Strony fotozeszytu wykonane zostały z przyjemnego w dotyku papieru, choć sądzę, że mógłby on być nieco grubszy. To samo stwierdziła moja druga połówka w chwili, gdy przeglądała zaprojektowany przeze mnie fotozeszyt. Do kolorystyki nie mam właściwie zastrzeżeń, jest w porządku. Na uwagę zasługuje matowa folia ochronna spełniająca rolę okładki, a także spirala, zapewniająca stabilne połączenie stron oraz ich kompletne odwracanie według własnego uznania (czego nie można zrobić np. w fotoksiążce). Minusem są natomiast dziurki, przez które przechodzą druciki. Nie na każdej stronie zostały one wykonane starannie, przez co w niektórych miejscach estetyka nie powala. 


Ogromnym plusem produktu jest brak dość uciążliwego w tego typu produktach loga i kodu kreskowego producenta. Fotozeszyt można więc zamówić w prezencie, stworzyć własną pamiątkę, portfolio lub przygotować profesjonalny projekt dla partnera biznesowego.


W ostatecznym rozrachunku jestem zadowolona, otrzymałam fajną pamiątkę, którą z przyjemnością będę mogła zaprezentować bliskim, znajomym i ewentualnym klientom. Muszę jednak przyznać, że ciekawi mnie, jak inne firmy radzą sobie z produkcją tego typu gadżetów. Ceny konkurencji są i niższe, i wyższe, wiadomo, wszystko zależy od producenta :). Czy polecam Saal Digital? Myślę, że warto skorzystać z usług tej firmy, mamy bowiem szansę na świetną zabawę przy kreatywnym tworzeniu wymarzonej fotopamiątki lub fotoprezentu. Lubicie takie gadżety? Pozdrawiam serdecznie, Karolina.

piątek, 12 maja 2017

Jak tanio kupować książki? Sposoby na biblioteczkę po kosztach.

Nie da się ukryć, że pewną część budżetu zdarza mi się przeznaczać na powiększanie mojej biblioteczki. Książki nie należą do tanich przyjemności. Ceny okładkowe niejednokrotnie sięgają nawet do 45 złotych! Oczywiście czytaniu literatury sprzyjają biblioteki, jednak są pozycje, które chciałoby się mieć na własność. Jak więc niskim kosztem wzbogacić się o nowe, wymarzone egzemplarze na półce? Przygotowałam dla Was kilka sposobów, z których sama korzystam.


KSIĘGARNIE INTERNETOWE

Polowanie w sieci na nowe książki to jedno z moich ulubionych zajęć :D. Przeglądam, porównuję ceny, czasem decyduję się na zakup. Oczywiście na początku określam cel poszukiwań - niekiedy są to konkretne tytuły, innymi razy skupiam się na danym autorze. Nierzadko przeglądam też newslettery. Najbardziej cenię sobie Świat Książki. Nowości kupuję z rabatem minimum 30 %. Niektóre książki udawało mi się dorwać nawet z 60 % zniżką. Wybieram bezpłatną dostawę do punktu stacjonarnego, który mieści się przy jednym z marketów. Przy okazji domowych zakupów odwiedzam księgarnię i odbieram swoje zamówienie. Obsługa zawsze jest miła, kiedyś zdarzył mi się ubytek na grzbiecie i pani bezproblemowo wymieniła mi od razu na miejscu uszkodzoną książkę na pełnowartościowy egzemplarz.


Rzadziej korzystam z promocji oferowanych przez Empik. Są to głównie okazje typu "kup 3 zapłać za 2", "weź jedną, a drugą kupisz 50% taniej". Ostatni raz Empik odwiedziłam jakoś przed świętami, odbierałam wówczas zamówienie internetowe, więc sami widzicie, jak często tam nie kupuję. Niekiedy bardziej opłaca mi się zamówić coś ze Świata Książki, gdzie dobrane przeze mnie tomiszcza oznaczone rabatem są razem warte mniej, niż gdybym zakupiła promocyjny pakiet w Empiku.

Kiedyś skorzystałam z promocji Znak.com. Byłam zadowolona, księgarnia oferuje naprawdę niezłe rabaty (nawet 90%) i często darmową przesyłkę, jednak nie do końca odpowiada mi asortyment. Jeśli kiedyś trafię na kolejne interesujące mnie pozycje, być może skuszę się na następne zamówienie.


W sieci można odnaleźć całą masę różnorodnych dyskontów. Dwa razy skorzystałam z oferty Aros.pl, firma obiecuje dobre rabaty, a odbiór i opłacenie na poczcie wynosi bodajże 4 złote. Pierwsze zamówienie przebiegło bezproblemowo, natomiast przy drugim spotkała mnie drobna nieprzyjemność. Jedna z książek miała miejscowo zdarty grzbiet. Oczywiście jest to ubytek, który mogłam reklamować, pytanie tylko, czy to miałoby sens? Gra nie była warta świeczki. Zraziłam się na tyle, że więcej tam nie zamówię.

Tanie jak barszcz książki oferuje internetowa księgarnia Oczytani.pl. Wybór jest ograniczony, nie znajdziemy tam wielu popularnych pozycji dostępnych w Empiku, Świecie Książki itp. Raz skusiłam się na zakupy, książki dostarczono mi dość szybko, nie nosiły żadnych ubytków.

MARKETY - BIEDRONKA, AUCHAN, CARREFOUR

Bacznie obserwuję promocje w sieci sklepów Biedronka, ponieważ od czasu do czasu można wyrwać naprawdę fajne książki za bezcen. Kilka razy skorzystałam z oferty "wydania kieszonkowe za 9,99". Kiedyś udało mi się kupić standardowego wymiaru książki za 8 złotych. Niestety, trochę za późno się obudziłam i nie wszystkie interesujące mnie tytuły odnalazłam w wielkim koszu.

Kosze przecen znajdziemy także w marketach Auchan i Carrefour i one również stanowią źródło zasilające moją biblioteczkę. Warto przeglądać wystawione książki, gdyż za grosze można nabyć ciekawe tytuły. Kiedyś dorwałam Musso bodajże za około 10 złotych (cena okładkowa oscylowała wokół 30 złotych). Zdarzało mi się także kupować przecenione wydania kieszonkowe powieści mojego ukochanego Sparksa.


KSIĘGARNIE STACJONARNE

Zdarza mi się zachodzić do sieci Matras - głównie wtedy, gdy podczas zakupów w galerii mój wzrok zostaje ściągnięty tabliczkami "70, 90 %". Zauważyłam, że w księgarniach tej sieci, znajdujących się w mniej obleganych centrach, niektóre przecenione tytuły mogą mieć niższą cenę. Oczywiście takie smakowite kąski można wyrwać w każdym innym tego typu miejscu, wystarczy zachodzić tam i szperać.

EVENTY ZWIĄZANE Z LITERATURĄ

W okresie wakacyjnym w Gdyni organizowany jest co roku Nadmorski Plener Czytelniczy. Wydawnictwa oferują naprawdę atrakcyjne ceny na niektóre z książek. Wydania kieszonkowe można nabyć za piątaka, a "normalne" wydania za 10, 15 złotych, choć to nie reguła! "Pierwsza kawa o poranku" z poniższego zdjęcia kosztowała właśnie dyszkę.


KSIĄŻKI UŻYWANE, WYMIANY

Szukając tańszych egzemplarzy wymarzonych powieści, warto sprawdzić lokalne ogłoszenia w sieci, z pomocą służy np. popularny portal OLX lub grupy na FB. Dobrze jest też rozważyć wymianę książkową z kimś innym, najlepiej zaufanym. Wtedy pozbywamy się jednej ze swoich pozycji, ale zyskujemy nową. Może ciekawszą ;)?

KODY RABATOWE

Posiadacze smartfonów zapewne znają szereg aplikacji typu Qpony. Podobne portale działają także w sieci. Miejsca te oferują specjalne kody rabatowe, a także informują o aktualnych promocjach w poszczególnych księgarniach internetowych.


Kochani, a może Wy macie jakieś cenne wskazówki? Dodam, że niedawno odkryłam internetową księgarnię Livro.pl. Czy ktoś z Was miał okazję korzystać z jej usług? Bardzo tania przesyłka kurierska oraz niezłe rabaty robią wrażenie. Chciałabym najpierw jednak zaczerpnąć opinii wśród Was. Będę wdzięczna za każdy komentarz :)! Przesyłam pozdrowienia, K.

czwartek, 11 maja 2017

Kringle Candle: Wosk Vanilla Cone.

Słodkim zapachom nigdy nie powiem dość. Kocham w szczególności wanilię i większość jej kreacji. Kiedy w moje ręce wpadł wosk Kringle Candle VANILLA CONE z Goodies.pl, przepadłam!


Kocham letnie, weekendowe spacery po Gdyni. Zawsze zachodzimy z Adamem do naszej ulubionej lodziarni po duże, kręcone lody waniliowe w pysznym, chrupiącym rożku. Wiecie co? Vanilla Cone idealnie oddaje charakter tych momentów. Rozpalając wosk w kominku czuję, jakbym przenosiła się na gdyńską ulicę i smakowała ulubionego, pysznego loda. Zapach wiernie odtwarza czar tych słodkich chwil. To  małe cudeńko, zamknięte w zgrabnym opakowaniu, jest intensywne i wydajne - wiadomo, jak to Kringle :). Szybko rozchodzi się po pomieszczeniu i otacza je cudowną, smakowitą wonią. Jak dla mnie bomba, jeden z moich faworytów, jeśli chodzi o woski Kringle Candle.

Znacie Vanilla Cone? Szczerze, to ten zapach tak mnie oczarował, że na pewno kiedyś skuszę się na dużą świecę! Pozdrowionka, Karolina :).

wtorek, 9 maja 2017

Majowe premiery - Wydawnictwo Dreams.

Kochani! Dziś krótko i zwięźle - przybywam z zapowiedziami od Wydawnictwa Dreams! Przedstawię Wam dwie pozycje, które ukażą się w tym miesiącu.



Siła braterstwa, odwaga, marzenia i… troska o bliskich. Leśnej polanie, będącej ostoją dla gromady jeży, zagraża stado turni. W takich sytuacjach jeże zazwyczaj opuszczały swój dom, by szukać nowych siedlisk, tym razem jednak sytuacja wydaje się bardziej skomplikowana. Podczas gdy Rada Wielkiego Kamiennego Kręgu opracowuje plan zapobieżenia napaści, kilka młodych jeży potajemnie wyrusza na poszukiwanie Elory – krainy wiecznej szczęśliwości, o której opowiadają legendy. Przywódca młodzików, żywiołowy, marzycielski urwis Krążek nie spodziewa się nawet, jak wielką próbą charakteru okaże się dla niego ta przygoda… i jak przypieczętuje ich przyjaźń. Dokąd prowadzi tajemnicza mapa z groty? I jaki los ostatecznie spotka gromadę jeży? Przekonajcie się sami.

– Czy wiesz […] albo się domyślasz, gdzie leży Elora? […]
– Nie wiem, gdzie ona może być. Nikt tego nie wie.
– Ale gdzieś jest, prawda? Tato, powiedz, że jest! – domagał się potwierdzenia kolczasty.
– Tak. Myślę, że gdzieś jest. Kłopot w tym, że nie wiadomo gdzie. […]
– Ale powiedz mi, czy gdybyś wiedział, gdzie leży, miał plan i mógł wyruszyć w długą,
trudną i niebezpieczną drogę, by ją odnaleźć, czy poszedłbyś?
– Ale nie wiem, gdzie leży i nie mam planu.
– Ale gdyby?
– Gdyby… gdyby… gdyby… – Głusz odwlekał odpowiedź. – Gdybym nawet wiedział, i tak
bym nie poszedł.
– Dlaczego?
– Sam powiedziałeś, że droga do Elory mogłaby być długa, trudna i niebezpieczna…


"Uciekająca narzeczona" Denise Hunter - premiera 19.05.2017 r.


To kolejna część serii Summer Harbor. Pierwszy tom, "Jak płatki śniegu..." mogliście poznać bliżej dzięki mojej niedawnej recenzji.  Denise Hunter ponownie przenosi nas do świata Callahanów.

Ona pamięta tylko tyle, że go kocha. On nie może zapomnieć, w jaki sposób go rzuciła. Wstrząs mózgu wymazał siedem miesięcy z życia Lucy. Dziewczyna nie przypomina sobie rozstania z narzeczonym, Zakiem Callahanem, na tydzień przed ślubem, ani przeprowadzki do Portland. I naturalnie, nic nie wie o swoich następnych zaręczynach. Jedyne, co pamięta, to to, że Zac jest jej droższy nad życie.

Po nieoczekiwanym i niewyjaśnionym odejściu Lucy Zac przez wiele miesięcy nie mógł odzyskać równowagi. Z rozpaczy rzucił się w wir pracy na rodzinnej plantacji i w swojej restauracji w Summer Harbor. A teraz Lucy znowu pojawia się w jego świecie – bezdomna, bezradna i… zakochana. Potrzebuje go, by poskładać od nowa swoje życie. Lecz co będzie, gdy Lucy wróci pamięć?

Sami widzicie - maj zapowiada się dla czytelników ciekawie :). Zamierzacie przeczytać którąś z tych pozycji? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! Buziaki, Karolina.

niedziela, 7 maja 2017

"Tajemnice Bostonu" - kryminalny romans w historycznej oprawie.

Gdyby przeanalizować kategorie książek, po które z reguły sięgam, zdecydowanie można byłoby określić je jako literaturę współczesną. Pomijam rzecz jasna lektury z czasów szkolnych. Jak to kobieta, potrzebuję czasem zmiany. Kiedy na horyzoncie pojawiła się pozycja "Tajemnice Bostonu", uznałam, że to idealna okazja, aby spróbować czegoś innego. Tajemnice, historia, sztuka, nauka, romans i kryminał w jednym? Owszem, a to wszystko dzięki doświadczonemu pióru Elizabeth Camden.


Boston, Massachusetts, rok 1897. W jednej z sal balowych odbywa się uroczyste spotkanie związane z niezwykle ważnym dla miasta wydarzeniem - budową pierwszego w kraju metra. Wśród uczestników tej uroczystości znajduje się Romulus White, redaktor i wydawca prestiżowego pisma "Świat Nauki". Podczas uroczystości mężczyzna próbuje przekonać Evelyn, swoją kuzynkę i jednocześnie partnerkę biznesową, aby zatrudnić w zespole miesięcznika Stellę West.

Stellę West uznawano za jedną z ważniejszych postaci londyńskiej bohemy. Jej artystyczny talent był godny podziwu - sam Romulus marzył o zamieszczaniu w "Świecie Nauki" ilustracji jej autorstwa i wielokrotnie namawiał ją listownie na podjęcie intratnej współpracy. Kobieta nie chciała jednak przyjechać do Bostonu. Życie w Europie znacznie bardziej wpasowywało się w ekstrawagancki gust kobiety niż zamieszkanie w amerykańskim mieście.  Wszystko jednak zmieniło się w momencie, gdy siostra Stelli umarła w owianych tajemnicą okolicznościach. Stella, nie wierząc w nieszczęśliwy wypadek, postanowiła powrócić do Bostonu i dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Gwendolyn.

O powrocie kobiety do miasta oczywiście dowiedział się Romulus. Przypadkowo stał się w posiadaniu adresu miejsca pobytu Stelli - zamierzał wykorzystać tę wiedzę i przekonać kobietę do współpracy. Bohaterka miała jednak inną, ważną sprawę na głowie, mianowicie rozwiązanie zagadki związanej z jej siostrą. Kobieta szybko zauważyła, że Romulus, jak przystało na ważną i wpływową w mieście osobistość, znakomicie odnajduje się w relacjach z miejscowymi oficjelami. Uświadomiła sobie, że mógłby wspomóc ją w prywatnym śledztwie... Czy zagadka została rozwiązana? Jak ułożyła się współpraca tych dwojga?

"Tajemnie Bostonu" to świetne połączenie kilku gatunków literackich. Utwór częściowo nawiązuje do powieści historycznej - akcja dzieje się pod koniec XIX wieku, kiedy to rozpoczęto budowę metra w Bostonie. Tematem wielu rozmów stawała się wówczas nauka, a także możliwości płynące z jej wykorzystania. Elizabeth Camden stworzyła wspaniałą otoczkę, wprowadzającą czytelnika w historyczny klimat. Cóż, nie ma się co dziwić, autorka ma na swoim koncie już osiem powieści historycznych. W książce zawarto także elementy kryminału i romansu. Kiedy Romulus i Stella razem pracowali nad rozwiązaniem zagadki tajemniczej śmierci Gwendolyn, między nimi zaczęło iskrzyć. Początkowo para broniła się przed uczuciem, zwłaszcza przyzwyczajony do niezależności i niegdyś już porzucony przez ukochaną Romulus, ale można przewidzieć, jak ostatecznie ułożyła się relacja tych dwojga :).

Bohaterowie zamieszczeni w książce są wyraziści, co dało się zauważyć właściwie od pierwszego rozdziału książki. Ich charyzmatyczny charakter zdecydowanie przypadł mi do gustu. Trochę zabrakło mi delikatności i subtelności w przedstawianiu rozwijającej się relacji Stelli i Romulusa. Cieszył mnie fakt, że autorka nie skupiła się tylko na uczuciu głównych bohaterów, ale w historię wplotła także wątek przechodzącego kryzys małżeństwa Evelyn i Clyde'a.

"Tajemnice Bostonu" uważam za dobrą powieść. Mile spędziłam w jej towarzystwie weekend, przenosząc się do XIX-wiecznego Bostonu. Była to udana wycieczka i jeśli macie ochotę na połączenie uczuć, historii i zaskakujących tajemnic, to jak najbardziej jest to książka dla Was.

Za możliwość przeczytania książki "Tajemnice Bostonu"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams.


piątek, 5 maja 2017

Yankee Candle: Wosk Pink Hibiscus.

Kwiatowe zapachy nierzadko goszczą w moim kominku. Uwielbiam także sięgać po owocowe, cytrusowe woski i świece. Niedawno trafiłam na produkt, który łączy w sobie te dwie cechy. Mowa o wosku PINK HIBISCUS, który można nabyć za pośrednictwem sklepu internetowego Goodies.pl.


Wosk pochodzi z kwiatowej linii zapachowej Yanke Candle z serii Classic. Po podgrzaniu w kominku tartaletki, w powietrzu unosi się aromat kwitnącego hibiskusa. Jest to zdecydowanie jeden z ciekawszych zapachów. Łączy w sobie odrobinę słodyczy i kwaskowatych, cytrusowych nut. Szybko wypełnia pomieszczenie, dodając mu uroku. Pink Hibiscus zaliczam do tych intensywnych, wydajnych tartaletek. Nie dusi, nie powoduje bólu głowy. Jak to przystało na łasucha, zapach skojarzyłam z owocową marmoladą :D. A odkryciem nie będzie fakt, iż uwielbiam zapachy, które kojarzą mi się z czymś przyjemnym. Chyba każdy tak ma ;).

Lubicie Pink Hibiscus? Mieliście już okazję go wypróbować? Jak się sprawdził? Czekam jak zawsze na opinie! Buziaki, K.

środa, 3 maja 2017

Skąpana w słońcu Gdynia zachwyca! Fotki z niedzielnego spaceru.

Niedzielny poranek zaskoczył mnie słońcem za oknem. Szybko sprawdziłam w sieci szczegółowe prognozy - tak zacna pogoda miała się utrzymywać jeszcze przez kilka dni. Cudowny błękit nieba przekonał mnie, że nie ma na co czekać. Błyskawiczne śniadanie, ekspresowa toaleta, ciepły golf zarzucony na siebie, kluczyki w rękę i pędem do auta, GDYNIA CZEKA! Stosunkowo szybko przeleciałam przez obwodnicę, ba, nawet bezproblemowo znalazłam wolne miejsce na parkingu przy Bulwarze Nadmorskim. Najwyraźniej jeszcze nie wszyscy majówkowi wczasowicze wyruszyli w trasę przede mną :). Zachwycona iście wiosennym klimatem ruszyłam na spacer z aparatem w ręku.
















 




Do domu wróciłam w fantastycznym nastroju. Zachwycona słoneczną pogodą zapragnęłam nawet posiadówki na balkonie. Po jego wstępnym sprzątaniu stwierdziłam jednak, że jest na to ciut za chłodno :).

Jak mija Wasza majówka? Wyjechaliście gdzieś, czy zostaliście u siebie? Buziaki, Karolina.