niedziela, 25 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Współcześni kochankowie", błyskotliwa opowieść Emmy Straub.

Premiera najnowszej powieści Emmy Straub zbliża się wielkimi krokami. Już 4go lipca będziecie mogli wziąć w swoje ręce książkę "Współcześni kochankowie", bestseller "New York Timesa". Tymczasem przygotowałam dla Was przedpremierową recenzję :)! Zapraszam do lektury.


Elizabeth, Andrew i Zoe przyjaźnią się ze sobą od wielu lat. Ich historia rozpoczęła się już na studiach, a wiadomo, ten okres w życiu człowieka rządzi się swoimi prawami. Wraz z upływem czasu szaleństwo z lat uczelnianych zamienia się we wzloty i upadki typowe dla dorosłości...

Zoe przeżywa uczuciowy kryzys z Jane. Związek kobiet wisi na włosku, a przeprowadzka i rozejście się wydają się być nieuniknione. Ich córka, nieco buntownicza Ruby, kończy szkołę i właściwie nie ma zamiaru udać się na uczelnię wyższą. Wszelkie podania pisała w ten sposób, aby jej aplikacja została odrzucona. "Na samą myśl o zasranych testach kwalifikacyjnych do college'u Ruby dostawała drgawek". Co więcej, właśnie rozstała się z Dustem, niezbyt grzecznym chłopakiem, którego za żadne skarby nie przedstawiłaby swoim matkom. Za to wydaje się, że postanowiła odświeżyć przyjaźń z Harrym.

Elizabeth i Andrew studencką przyjaźń zamienili w małżeństwo. Owocem ich związku stał się Harry - spokojny, mądry chłopak. Syn nie sprawiał im żadnych problemów. No może aż do chwili, gdy zaczął się spotykać z Ruby. A właściwie kiedy ta dwójka zaczęła... ze sobą sypiać! Co więcej, Elizabeth dostała propozycję wykorzystania piosenki  powstałej za czasów młodości w jednym z filmów. Choć to ona była autorką tekstu, to jednak Andrew także przyczynił się do jej stworzenia i bez jego zgody intratne przedsięwzięcie nie miało szans na realizację. Tematu unikał jak ognia... Jego uwagę skupiało teraz na sobie tajemnicze EWOLUtorium.

Co stanie się z Zoe i Jane? Czy ich związek uda się naprawić? Czy Elizabeth namówi męża na odświeżenie ich muzycznej kariery? Co wyniknie z zainteresowania Andrew EWOLUtorium? Jak ułoży się relacja Ruby i Harrego?

"Współcześni kochankowie" to błyskotliwa, niezwykle dowcipna książka przedstawiająca historię przyjaciół. Autorka poruszyła temat ekscytującej strony młodzieńczego życia, jego uroku, przyciągających jak magnes pokus, ale dla kontrastu dodała także zaskoczenie, jakie budzi u dorosłych rzeczywistość towarzysząca ludziom wieku średniego. Emma Straub udowodniła także, że pasje, takie jak gotowanie, tworzenie muzyki czy też samo utrzymywanie i pielęgnowanie wieloletnich przyjaźni, z biegiem czasu się rozwijają i, tak jak wino, stają się jeszcze lepsze.

Sam pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Umiejscowienie akcji w Nowym Jorku także - nie wiem, jak to się dzieje, ale wszystkie przeczytane przeze mnie książki, których wydarzenia umiejscowiono właśnie w tym mieście, zawsze mnie urzekają. Nowy Jork ma jakiś taki klimat, który ciężko mi wyjaśnić. Po prostu, to Nowy Jork. Poza samą akcją, na duży plus zasługuje także kreacja bohaterów. Nie są nudni, a w ich zachowaniu raczej nie dopatrzyłam się schematyczności.

"Współcześni kochankowie" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Emmy Straub, bestsellerowej autorki, której kilka pozycji ukazało się na liście "New York Timesa". Licząca prawie 500 stron powieść zapewniła mi wiele chwil przyjemności. Przeplatające się losy młodych i starszych bohaterów wciągnęły mnie właściwie od samego początku. Jak dla mnie powieść zasługuje zdecydowanie na ocenę pozytywną :). 

Za egzemplarz recenzencki książki "Współcześni kochankowie"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 22 czerwca 2017

BIOLOVE: Mus do ciała MANGO.

Witajcie Kochani :). Niedawno mieliście okazję poznać mojego ulubieńca marki BIOLOVE, mianowicie mus do ciała o zapachu ciasteczkowym. Dziś chciałabym zaprezentować kolejną petardę, która, choć nie przebiła wersji COOKIE, nadal jest godna uwagi - mus do ciała MANGO.


To niewielkie cudeńko pachnie niezwykle apetycznie. Po otwarciu słoiczka wyczuwalna jest soczysta, egzotyczna, pełna słońca woń. Miałam wrażenie, że trzymam pod nosem owocowego Bakusia :D! Mus sprawdzi się idealnie w okresie wakacyjnym, ale nikt przecież nie broni aplikować go na swoją skórę w innych okolicznościach :). Zapach długo utrzymuje się na skórze, co jest zdecydowanym plusem produktów BIOLOVE. Konsystencja musu zachwyca. Mazidło jest puszyste, cudownie się rozprowadza, pozostawiając długotrwały efekt nawilżenia. Oczywiście stan skóry to kwestia indywidualna i najlepiej wszystko testować osobiście. Mnie mus może służyć, ale jeśli ktoś ma spore problemy z przesuszaniem się, może wysnuć zupełnie inne obserwacje po sprawdzeniu na sobie.


Tradycyjnie muszę pochwalić bardzo przyjemne dla oka opakowanie! Słoiczek zdecydowanie należy do praktycznych opakowań. Dzięki takiej formie łatwo jest wydobyć końcówkę kosmetyku i nic się nie zmarnuje.

Mus do ciała o zapachu mango zdecydowanie spełnił moje oczekiwania i na pewno będę do niego wracać. Pozdrawiam serdecznie, Karolina :).

wtorek, 20 czerwca 2017

Przyrodnicze kadry z Parku Oliwskiego.

Długi weekend rozpoczął się w Trójmieście piękną pogodą. Ciesząc się słońcem i błękitnym niebem od razu zakomunikowałam, że czwartkowy poranek spędzimy w Parku Oliwskim. No a wiadomo, jak park, to i aparat musi być. Adaś cierpliwie znosił pauzy przy kwiatkach i zauważonych przypadkiem ptakach. Zaliczyliśmy dwie trasy - jedną fotograficzną, drugą totalnie relaksującą, bez przerw na łapanie w kadr przyrody. Poniżej załączyłam kilka zdjęć z czwartkowego spaceru :).
















Z racji tego, że dziś zrobiłam sobie totalny dzień leniwca, nie będę się rozpisywać - książki, listy i seriale w końcu czekają :D! A właśnie, na moim fanpage trwa konkurs, do wygrania "Dla niej wszystko", książka, którą recenzowałam w poprzednim poście. Chętnych zapraszam do udziału - wystarczy kliknąć w TEN LINK :). Przesyłam pozdrowienia, K.

niedziela, 18 czerwca 2017

Alexa Riley "Dla niej wszystko" - opowieść ze szczyptą erotyki.

Nowe życie, wspaniale zapowiadająca się kariera zawodowa, wspierająca nas we wszystkim najlepsza przyjaciółka i ukochany mężczyzna u boku... Brzmi jak receptura na szczęście, prawda? A może jak przepis na wciągającą i intrygującą powieść? Tak się składa, że właśnie taką historię dla Was dziś przygotowałam. Zapraszam na recenzję "Dla niej wszystko", książki napisanej przed dwie autorki ukrywające się pod pseudonimem Alexa Riley.



"Kiedy obsesja zamienia się w szaleńczą miłość..."

Mallory wraz z przyjaciółką Paige rozpoczyna nowe życie w USA. Ciężka praca  i determinacja dziewczyny zaprocentowała stypendiami i ofertą jednego z najbardziej pożądanych przez studentów staży w nowojorskiej firmie Osbourne Corp. Mallory osiągnęła w życiu to, o czym tylko mogła pomarzyć wówczas, gdy wychowywała się w rodzinie zastępczej. Świat stał dla niej otworem, tak jak i kariera zawodowa. Do pełni szczęścia brakowało tylko tej drugiej osoby... Zaraz po przeprowadzce do miasta, Paige wyciąga Mallory na miasto uczcić nowy początek. W jednym z klubów główna bohaterka spotyka tajemniczego i intrygującego mężczyznę - Milesa, który przedstawia się jej jako Oz. Między nimi od razu zaczyna iskrzyć. Mimo niewątpliwej chemii Mallory jest pełna wątpliwości. W końcu opiera się uczuciu i zakochuje się w Milesie, będącym ukoronowaniem jej wszystkich marzeń.

"Czasami jednak to przeznaczenie wybiera, w kim się zakochujesz i kto sprawia, że tracisz nad sobą kontrolę. Kto obejmuje w posiadanie twoją duszę."

Sielankowe uczucie rozwijało się w ekspresowym tempie. Miles dbał o Mallory w taki sposób, o jakim marzyłaby większość kobiet. Niezwyczajne i niekiedy spektakularne niespodzianki oraz skupienie uwagi tylko na Mallory wzmagało jej poczucie wyjątkowości. Oz momentami odkrywał obsesyjną, zaborczą i władczą stronę swojej duszy, jednak to w ogóle nie przeszkadzało bohaterce. Ba, nawet jej się takie zachowanie podobało. W pewnym jednak momencie coś poszło nie tak. Na jaw wyszła skrywana przez wszystkich tajemnica. Co zrobić, gdy przeznaczenie okazuje się jednak dokładnie przygotowanym planem?

"Nigdy nie zapomnę, jak wtedy wyglądała, tak bardzo pewna siebie. Przyglądałem się jej z daleka. Nie podszedłem do niej ani jej nie zaczepiłem jednak nawet na chwilę nie spuściłem jej z oczu. (...) wyznaczyłem dla niej ścieżkę. Ścieżkę wiodącą do mnie."

"Dla niej wszystko" wciągnęła mnie od pierwszej strony. Są takie książki, których nie chce się odkładać na bok i ta właśnie taka była. Przeczytałam ją błyskawicznie, najchętniej nie robiłabym pauzy. Elektryzująca opowieść o związku Mallory i Milesa w ogóle mnie nie nudziła. Chciałam więcej i więcej! Barwnie wykreowani bohaterowie skupiali na sobie moją uwagę, szczególnie Oz, po którym ciężko czasami było odgadnąć, czego można się spodziewać i jaki będzie jego kolejny krok. Fabuła także absorbowała mnie bez reszty. Liczne zwroty akcji i pikantne sceny wiszące w powietrzu rozbudzały moją ciekawość.

Minusem, właściwie chyba jedynym, jaki zauważyłam w tej powieści, było niekiedy zbyt ordynarne, jak na mój gust, słownictwo w niektórych erotycznych wątkach. Zdarzało się ono na szczęście rzadko i w żadnym wypadku nie psuło pozytywnego odbioru książki.

Po dotarciu na ostatnią stronę czułam lekki zawód - dlaczego to już koniec?! Ciężko było mi się z rozstać z bohaterami, z którymi spędziłam kilka godzin. Bardzo się cieszę, że mogłam zapoznać się z książką "Dla niej wszystko". UWAGA! Jeden egzemplarz będziecie mogli wygrać w konkursie na moim fanpage. Wpadajcie wieczorem na FB i śledźcie stronę :).

Za egzemplarz książki "Dla niej wszystko"
serdecznie dziękuję Burda Książki.

piątek, 16 czerwca 2017

BIOLOVE: Świeca do masażu ORANGE & VANILLA.

Cześć :). Do tej pory prezentowałam świece przeznaczone raczej do dekoracji i fundowania przyjemności zapachowych. Tym razem przedstawiam produkt, który prócz relaksującego aromatu posiada także właściwości pielęgnacyjne i doskonale sprawdza się w zabiegach kosmetycznych. Mowa o MASSAGE CANDLE ORANGE & VANILLA marki BIOLOVE.


Świeczka przeznaczona jest do nawilżającego i regenerującego masażu ciała. Dzięki obecności masła shea i oleju kokosowego w składzie produktu, skóra staje się miękka i gładka. Jak aplikować to cudeńko? Podczas kąpieli rozpalamy świeczkę, która wypełnia łazienkę relaksującym zapachem pomarańczy i wanilii. Wychodząc z wody wystarczy zgasić płomień, osuszyć ciało ręcznikiem i nabierać lub po prostu wylać ostrożnie na dłonie wytopiony balsam. Dobrze jest przed aplikacją sprawdzić, czy temperatura specyfiku nie jest zbyt wysoka. Jeśli nie jesteście fanami tłustej warstwy na skórze, to ta świeca nie jest dla Was. Mnie to nie przeszkadza, w takich przypadkach kosmetyki stosuję po prostu po wieczornym prysznicu. Zapach wytopionego balsamu przez długi czas utrzymuje się na skórze.

Używaliście kiedyś świec do masażu? Ja nie i mój pierwszy raz w tym temacie zaliczyłam właśnie dzięki BIOLOVE. Takie świece dostępne są także w Rossmannie, jednak warianty zapachowe niezbyt mnie zainteresowały. Pozdrawiam serdecznie, Karolina.

środa, 14 czerwca 2017

Wieżyca - z wizytą na kaszubskim punkcie widokowym.

Sposobów na zabicie niedzielnej nudy mamy z Adamem wiele. Czasem idziemy po prostu na spacer, wybierając jakąś znajomą część Trójmiasta, innymi razy ruszamy gdzieś dalej. W minioną niedzielę w końcu postanowiliśmy wyskoczyć na małą wycieczkę na Kaszuby. Cel - wieża widokowa na szczycie Wieżyca.


Wieżyca stanowi najwyższy szczyt moreny czołowej na całym Niżu Środkowoeuropejskim. Wznosi się na wysokości 329 m nad poziomem morza i stanowi nie lada atrakcję turystyczną Kaszub.


Jednym z tamtejszych, często odwiedzanych przez przyjezdnych punktów jest Kaszubska Wieża Widokowa im. Jana Pawła II, mierząca ok. 30 m. Postawiono ją w 1997 roku. Z jej szczytu rozciągają się wspaniałe widoki na pofałdowaną kaszubską krainę. Lasy, domy, jeziora, pola, czyli krajobrazy w cudownym wydaniu. Wieść niesie, że przy bezchmurnej pogodzie ze szczytu można dostrzec nawet Mierzeję Helską!







Pogoda spłatała nam małego psikusa. O ile temperatura nie zmieniała się diametralnie i było ciepło, to towarzyszące nam przez całą drogę słońce pochowało się za chmurami na kilka kilometrów przed punktem docelowym naszej wycieczki. Błękit nieba także gdzieś się ukrył. Mimo wszystko to, co zobaczyliśmy, na pewno zostanie nam w pamięci. Może jeszcze kiedyś tam wrócimy :).



KILKA PRAKTYCZNYCH INFORMACJI: pod wieżą widokową znajduje się parking. Zmotoryzowani turyści zapłacą 4 zł za samochód osobowy. Wejście na wieżę również jest płatne. Bilet normalny kosztuje 6 złotych, aczkolwiek dla młodszych obowiązują zniżki. Wejściówkę kupuje się przed wejściem na wieżę. Tam również dostępne są pamiątki, m.in. pocztówki i magnesy. Do punktu widokowego prowadzi niedługa, szeroka, niestroma ścieżka. Nie powinna ona nikomu sprawić trudności, tak samo jak i wejście na górę.

Lubię zwiedzać miasta, poznawać architekturę i atrakcje turystyczne różnych miejsc, ale cenię sobie także wypady na łono natury, gdzie mogę otaczać się zielenią. Przyroda potrafi być niezwykle wdzięczna! Przesyłam pozdrowienia, Karolina.

wtorek, 13 czerwca 2017

"Diamentowa góra" - debiutancka powieść Cecily Wong.

Są takie powieści, które przepełnione są "tym czymś". Magią, hipnotyzującą od pierwszej strony książki. Niedawno trafiłam na właśnie taką pozycję. "Diamentowa góra" Cecily Wong wciąga od samego początku, przenosząc czytelnika do zupełnie innego, egzotycznego świata.


"Porywający debiut o losach czterech pokoleń zamożnej rodziny, której wzloty i upadki ukazano na tle sekretów i tragicznej miłości".

Pod koniec XIX wieku Frank Leong, będący niezwykle bogatym przedsiębiorcą, opuszcza wraz z rodziną swój kraj - Chiny. Familia udaje się na Oahu, egzotyczną wyspę. Z Azji na Hawaje przenosi się nie tylko rodzina, ale i starożytna klątwa, która za Leongami podąża przez ocean jak cień. W myśl tej starożytnej legendy o czerwonej nici każdy człowiek gdzieś ma swoją drugą połówkę, która jest mu przez los przeznaczona, do której jest przywiązany. Wybierając inną osobę, ściąga się na siebie przekleństwo...

Amy nie mogła pochwalić się zamożną rodziną. Chcąc zapewnić sobie i najbliższym byt, zmuszona była podjąć dość trudną decyzję - wyrzec się uczucia i poślubić Bohaia Leonga, syna Franka i Lin Leongów. Ślub tej pary zapoczątkował pasmo nieszczęść, często niezwykle tragicznych w skutkach. Po wielu latach szepty na temat klątwy zdają się zacierać i zanikać. Przełom następuje jednak w chwili, gdy po dwudziestu latach na wyspę dociera pewien list. List z wyznaniem. List, który wstrząsnął rodem. Przyszłość i losy rodziny Leongów zależą teraz od Theresy - młodej, ciężarnej dziewczyny, córki Amy i jedynej wnuczki Franka.

"Diamentowa góra" to powieść niezwykła. Z historii zawartej na stronach książki wprost wylewa się magia. Na tle mieszanki klątwy kierującej losem rodziny i egzotycznych klimatów rozgrywa się gra relacji między barwnie wykreowanymi bohaterami. Autorka ponadto w wybitny sposób ukazuje, jak fatalne w skutkach mogą być kłamstwa i naciągane kompromisy. Niektóre sekrety i skrywane przez bohaterów tajemnice potrafią zmrozić krew w żyłach!

"Potężna baśń o magicznej miłości, szokujących kłamstwach i dotkliwej stracie opowiedziana przez córki, wnuczki i żony z klanu Leongów."

Cecily Wong zgrabnie wplotła w fabułę opisy tradycji kultywowanych przez Chińczyków. Wierzenia i przesądy zawarte w powieści fascynują. Odbiorca ma szansę poznać wiele ciekawych faktów na temat chińskich obyczajów, co zdecydowanie sprawia jeszcze większą przyjemność z czytania. Tutaj nawet bakalie miały swoje znaczenie.

"... przez sen mogłaby wymienić siedem rodzajów bakalii (...): korzeń lotosu oznaczał przyjaźń, dynia długą linię rodową, marchewka bogactwo i powodzenie, kokos silną więź między ojcem i synem, imbir trwanie w dobrym zdrowiu, pestki melona płodność, a ziarna lotosu bezpieczeństwo dla synów". 

"Diamentowa góra" z pewnością szybko nie opuści mojej głowy. To jedna z tych pozycji, o których rozmyśla się jeszcze jakiś czas po przeczytaniu. Bardzo się cieszę, że mogłam zapoznać się z zawiłymi losami klanu Leongów!

Za egzemplarz recenzencki "Diamentowa góra"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Kryminał z duszą - "Chaszcze" Jana Grzegorczyka.

Hej! Coraz częściej na blogu gości rodzima literatura. Ponownie przygotowałam dla Was recenzję książki polskiego pisarza. Tym razem chciałabym przedstawić "Chaszcze" autorstwa Jana Grzegorczyka. Na początek napiszę krótko: nie zawiodłam się. Zapraszam na recenzję.


"Mroczne tajemnice ludzkich dusz, wina, namiętność i zdrada."

Spacer po lesie nie zawsze wiąże się z błogim relaksem na łonie natury. Stanisław Madej, około pięćdziesięcioletni kawaler pasjonujący się ornitologią, przekonał się o tym wiosną. Zapalony fotograf ptaków pewnego razu trafia w lesie na... wisielca. Co więcej, kilka dni po odkryciu tej makabrycznej śmierci, na korze drzewa odkrywa tajemniczy napis "Judasz". Czy było to zwyczajne samobójstwo, czy może jednak za tą tragedią kryje się coś więcej? Mężczyzna rozpoczyna śledztwo, a tym samym coraz bardziej angażuje się i zagłębia w ludzkie losy. Zagłębia się w CHASZCZE - plątaninę ludzkich relacji, tajemnic, mrocznych zakamarków dusz, kłamstw, które zawsze związane są z określonymi konsekwencjami.

"Chaszcze" przyciągają swoją wielowątkowością. Kryminalna intryga wydaje się być interesującym elementem powieści, czytając książkę chciałam koniecznie poznać jej rozwiązanie. W powieści Pana Grzegorczyka nie brakuje także wątków obyczajowych oraz tych, które zmuszają do refleksji. Główny bohater znajduje się przecież w sile wieku, a zazwyczaj w tym okresie życia ludzie podatni są na analizowanie dotychczasowego życia i ewentualne jego przewartościowywanie.

"Nie jest tak prosto wymarzyć życie nawet w marzeniach. Bo musielibyśmy pooddzielać to, co było w nim dobre, od tego co było smutne. "

Muszę pochwalić kreację głównej postaci. Bardzo polubiłam Stanisława. Mężczyzna, chcąc uciec od monotonni i rutyny, postanowia opuścić miasto i przenieść się na wieś, gdzie mieścił się odziedziczony przez niego dom. Och, jak ja lubię takie klimaty! Opis jego codzienności, podjęcie ryzyka i rozpoczęcie nowego życia przypadły mi do gustu. Poza Madejem, autor nakreślił kilka innych, równie ciekawych postaci, które na pewno nie znudzą czytelnika, ba, niektóre z nich wzbudzą sympatię.

"Chaszcze" czyta się szybko. Nie poczułam wielkiego "wow", ale też się nie rozczarowałam. Książka zasługuje na dobrą ocenę. Trzymała mnie w napięciu, chciałam poznać zakończenie. Wzbudziła we mnie pozytywne emocje, za co otrzymuje wielki plus :). Pokłon należy się także za okładkę, która ewidentnie ma odniesienie do treści zawartych w książce.

Za możliwość przeczytania książki "Chaszcze"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

niedziela, 11 czerwca 2017

BIOLOVE: Mus do ciała COOKIE.

Hej! W końcu przyszła pora na recenzje naturalnych kosmetyków marki BIOLOVE. Do tej pory udało mi się jedynie opublikować dwa haule kosmetyczne - w lutym i na początku tego miesiąca. Aby nie poprzestać na prezentowaniu najnowszych nabytków z Kontigo, dziś przygotowałam pierwszą opinię, której bohaterem jest BODY MOUSSE COOKIE.


Ciasteczkowy mus do ciała absolutnie jest moim największym ulubieńcem! Kosmetyki BIOLOVE urzekają, jednak ten produkt wyróżnia się na tle pozostałych dzięki cudownemu, słodkiemu, nieco czekoladowemu zapachowi. Już po pierwszym otwarciu eleganckiego słoiczka przepadłam. Aromat, jaki wówczas poczułam, od razu podbił moje serce. Mogłabym go porównać do wosku Hot Chocolate Kringle Candle. No po prostu bajka! Zapach długo utrzymuje się na skórze, a jeśli zaraz po aplikacji nałoży się na siebie ubrania, można być pewnym, że i one przejmą ciasteczkowe nuty.


Jeśli chodzi o nawilżenie, uważam, że mus się sprawdza. Moja skóra lubi się czasem przesuszyć w niektórych miejscach na ciele, co zauważam kilka godzin po kąpieli. Stosując mus nie miałam żadnego problemu w tej kwestii. Konsystencja jest świetna, taka nieco puszysta, ale i zbita - zanim produkt wyląduje na ciele, nabieram go nieco więcej i rozcieram w dłoniach, wówczas najlepiej rozprowadza się po skórze. Analizując wydajność muszę przyznać kolejny plus. Słoiczek o pojemności 150 ml zużywam od lutego średnio dwa razy w tygodniu i jeszcze trochę mi zostało (mniej niż na zdjęciu, fotkę pstrykałam jakiś czas temu). Nie byłabym sobą, gdybym nie doceniła cudownego opakowania :).

Ciasteczkowy mus do ciała BIOLOVE to dla mnie kosmetyk idealny. Powalający zapach, fajna konsystencja, dobre właściwości nawilżające i atrakcyjny design to wymarzone połączenie. Na pewno jeszcze nie raz będę wracać do tego produktu. Czy ktoś z Was miał już przyjemność korzystania z tego musu? Jakie są ważne odczucia? Przesyłam uściski, Karolina.

piątek, 9 czerwca 2017

"Kobieta na schodach" - najnowsza powieść Bernharda Schlinka.

Z twórczością Bernharda Schlinka spotkałam się pierwszy raz w maju tego roku. "Lektor" dał mi do zrozumienia, że mam do czynienia z wybitnym pisarzem, który nie chwyta się lekkich tematów. Sięgając po kolejną książkę, zatytułowaną "Kobieta na schodach" tylko się w tym utwierdziłam.


"Przejmujący w ascetycznym ujęciu Schlinka obraz gry pozorów, bliskości w obliczu nieodwołalnego, odchodzenia, utraty".

Zrównoważone i uporządkowane życie niemieckiego prawnika, właściciela kancelarii, nagle się zmienia. Mężczyzna w jednym z australijskich muzeów zauważa obraz, który od wielu lat uznawano za zaginiony. Dzieło przedstawiało schodzącą po schodach nagą kobietę. Była nią pewna siebie, atrakcyjna Irene, która swego czasu wiele znaczyła dla prawnika, jednak zniknęła z jego życia od tak, bez słowa. Główny bohater postanawia odnaleźć kobietę, w której niegdyś się zakochał.

Informacja o odnalezieniu obrazu nie była zaskoczeniem tylko dla niemieckiego prawnika. Wiadomość ta zainteresowała również dwóch innych mężczyzn, którym Irene także zawróciła w głowie. Pewnego dnia czworo bohaterów spotyka się ze sobą nad australijską zatoką. Panowie chcą odzyskać to, co rzekomo im się należało. Każdemu jednak przyświeca inny cel. Tylko jeden z bohaterów postanawia wykorzystać szansę na odświeżenie ciepłych relacji między nim a dawną ukochaną. Czy uda mu się odnowić uczucie? Jak zakończy się ta historia?


Podobnie jak "Lektor", "Kobieta na schodach" nie należy do lekkich i prostych powiastek, przez które można przelecieć w kilka godzin. To opowieść z przesłaniem, które należy samemu odnaleźć po przeanalizowaniu przedstawionej przez autora historii. Schlink swoją powieścią zmusza do refleksji i interpretacji niektórych metafor. Sięgając po najnowszą powieść Bernharda mamy szansę na zapoznanie się z pozycją ukazującą, jak własne wybory i doświadczenie ostatecznie kształtują ścieżkę życiową. Jest to właściwie uniwersalna prawda, aczkolwiek nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, jak wielką moc mają te słowa. Tylko człowiek może zmienić swoją przyszłość, ale musi chcieć, musi wykazać się odwagą. Musi być także gotów na to, jak zmienny i przewrotny potrafi być los.

Jeśli chodzi o bohaterów książki, to muszę przyznać, że chwilami nieco mnie denerwowali. Irene zdawała się bez wyrzutów wykorzystywać swoją urodę i pewność siebie w kontaktach z mężczyznami. Ci z kolei zachowywali się momentami jak naiwne dzieci, wierząc w uczucie z jej strony. Jak to w życiu bywa, tak i w książce pewne zachowania okazywały się mieć jednak drugie dno. Czytelnik, po poznaniu niektórych faktów, zaczyna rozumieć motywy postępowania bohaterów.

"Kobieta na schodach" łączy w sobie cechy kryminału i powieści o życiu. Początek książki zdecydowanie rozpoczyna się jak kryminał, natomiast wzruszające zakończenie oscyluje wokół tematyki związanej z miłością. Muszę przyznać, że Schlink ponownie mnie nie zawiódł.

Za możliwość przeczytania książki "Kobieta na schodach"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis.


czwartek, 8 czerwca 2017

"Zapomniani bogowie. Słowiańska opowieść" Jarosława Prusińskiego.

Całkiem niedawno, za sprawą książki "Po prostu bądź" Magdaleny Witkiewicz, została mi przywrócona wiara w rodzimych autorów. Od czasu do czasu sięgam zatem po jakąś polską pozycję. Do tej pory towarzyszyły mi głównie powieści żeńskiej części krajowych twórców. Nie lubię monotonii, więc musiałam tę tendencję oczywiście zmienić. Los mi sprzyjał - trafiłam na pana Jarosława Prusińskiego i jego książkę "Zapomniani bogowie. Słowiańska opowieść".


"Oddaję w ręce Czytelników kolejną powieść. Tym razem nie jest to fantasy ani science fiction, ale powieść w realiach historycznych dawnej Polski. Choć całkiem możliwe, że nic nie jest tym czym się wydaje...".

No właśnie! Wszyscy znamy tradycyjną historię Polski sięgającą czasów jej powstania. A co, jeśli wszystkie te nauki, które przekazywano nam przez lata, nie do końca są takie, jak można przypuszczać?

W pobliżu jednego z dawnych grodów odnaleziono nieznajomego mężczyznę, którego ewidentnie ktoś próbował zabić. Ciężko ranny Obcy został przyprowadzony przez Uniegosta do chaty pewnej wdowy - Dobrawy, mieszkającej ze swoimi dwiema córkami. Po drobnych rozterkach kobieta w końcu zgodziła się przygarnąć Obcego, aby ten w godnych warunkach mógł spędzić ostatnie chwile swojego życia. Troskliwa opieka kobiet pozwoliła jednak na powolny powrót do zdrowia mężczyzny. Początki nie wydawały się jednak łatwe - nieznajomy nie bardzo rozumiał język, którym posługiwały się kobiety, kierował się jedynie tonem głosu. Jak więc ułożyły się między nimi stosunki? Kim w ogóle był mężczyzna? Skąd pochodził? Kto próbował pozbawić go życia? Czy stanowił niebezpieczeństwo dla innych mieszkańców grodu?  Jaki oni będą mieć stosunek do przybysza?

"Zapomniani bogowie. Słowiańska opowieść" jest książką oryginalną, łączy w sobie nie tylko fikcję literacką, która ma stanowić źródło rozrywki dla czytelnika, ale także zawiera przedstawione w niezwykle przystępny sposób elementy edukacyjne! Pozycja oddaje realia dawnych dziejów z przełomu IX i X wieku, aczkolwiek książką historyczną nie jest. Nie znajdziemy w tej lekturze suchej i nudnej teorii o przodkach. Pan Jarosław Prusiński umiejętnie wplótł w fabułę wierzenia, tradycje, obyczaje dawnych Słowian. Czytelnik ma niewątpliwą okazję przeniesienia się w czasie. A to wszystko dzięki naprawdę sporej wiedzy i pracy autora, który włożył ogromny wkład w stworzenie bogatej w treść książki.

Język powieści nie sprawia trudności, książkę czyta się z przyjemnością. Podobało mi się zawarcie wątku miłosnego - no cóż, jestem kobietą, lubię takie klimaty! Na plus zasługują także akcenty humorystyczne. Czytając książkę miałam okazję poznać genezę niektórych z obyczajów czy też wierzeń. Delikatny problem  pojawił się w kwestii połapania się w bogach słowiańskich, mistrzem przyswajania takich informacji nie jestem, ale wystarczyło sobie to na kartce rozpisać i potem już było łatwiej :D.

Mam być szczera? Jestem zachwycona historią, jaką zaserwował pan Prusiński :). Wciągnęła mnie od samego początku. Bardzo podobała mi się podróż do czasów dawnych Słowian. Z ręką na sercu polecam Wam tę powieść.

Za możliwość przeczytania książki "Zapomniani bogowie. Słowiańska opowieść"
serdecznie dziękuję autorowi.

wtorek, 6 czerwca 2017

Stół z powyłamywanymi nogami: Muminkowe szaleństwo #2.

Hej Misiaki :)! W lutym miałam niewątpliwą przyjemność zrobić niewielkie zakupy na stronie sklepu Stół z powyłamywanymi nogami, o czym wspominałam tutaj. Zapowiadałam, że w przyszłości na pewno jeszcze nie raz skuszę się na mały shopping, co też uczyniłam pod koniec maja. Tym razem nie wybrałam produktów spożywczych, a skupiłam się na poszukiwaniu kubków idealnych. Od początku było wiadomo, iż będą to muminkowe naczynka MUURLA. Po konsultacjach z Adamem w końcu zdecydowaliśmy się, które wzory najbardziej nam odpowiadają i właśnie te wylądowały w wirtualnym koszyku, a potem na naszym stole :).


Niebieski kubek z Muminkiem i Migotką już jakiś czas temu zwrócił moją uwagę. Od samego początku wydawał mi się przyjemny dla oka i przede wszystkim miał w sobie delikatną nutkę romantyzmu, jakkolwiek to brzmi :D. Adaś zaś stwierdził, że uciekający przed Buką Muminek jest jednym z najładniejszych wzorów. Myślę, że nie mógł wybrać lepszej opcji. Ten kubek idealnie do niego pasuje. Wybraliśmy emaliowane naczynka o pojemności 370 ml.





Wiecie co? Kubeczki na żywo są jeszcze piękniejsze, niż na obrazku! Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane powiększyć kolekcję cieszących oko naczynek MUURLA. Czy ktoś z Was skusił się już na podobne kubeczki? A może macie inne, muminkowe gadżety? Dajcie koniecznie znać! Buziaki, Karolina.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Kringle Candle: Duża świeca Hot Chocolate.

Witam Was serdecznie :)! W szczególności wosko- i świecomaniaków, gdyż dzisiejszy post zachowałam właśnie w tych klimatach, co pewnie zauważyliście już po tytule. Dotychczas moją kolekcję świec w szkle zasilała jedynie marka Yankee Candle. Na półce do dziś pięknie prezentują się Vanilla Cupcake oraz Candy Cane Lane, które od czasu do czasu dodają wyjątkowości leniwym i mniej leniwym wieczorom. Zakup kolejnej świecy planowałam już kilka miesięcy temu, ale nie mogłam zdecydować się na konkretny wariant. Początkowo kusiły mnie owocowe zapachy od Yankee, jednak gdzieś tam w głowie maszerowało wspomnienie mojego  ulubionego wosku Kringle - Hot Chocolate. Poza tym nie miałam jeszcze przyjemności palenia świecy tej marki. Na krótko przed dniem matki, skuszona promocją -15% zamówiłam w końcu dzięki Goodies.pl duży słój Hot Chocolate :).


Zapach właściwie niczym się nie różni od wosku, który recenzowałam już na blogu. Wciąż jest to mieszanka głębokiego aromatu kakaowca z bogactwem słodyczy. Wyjątkowy aromat kubka gorącej czekolady szybko rozchodzi się po pomieszczeniu i jeszcze długo po zgaszeniu płomienia unosi się w powietrzu. Jest odpowiednio intensywny - wyrazisty, ale nie dusi. Duży słój posiada dwa knoty, czym różni się od świec w szkle Yankee Candle. Deklarowana wydajność produktu to 100 godzin palenia. Warto zaopatrzyć się w zapalarkę i specjalne nożyczki do przycinania knota. Na początku korzystania ze świecy nie będą potrzebne, doskonale można poradzić sobie ze zwykłą zapalniczką lub zapałkami oraz standardowymi nożyczkami, jednak przy niższych partiach, kiedy wypali się już część wosku, zapalarka okaże się wygodnym i przydatnym gadżetem.

Choć kształtem słoje Yankee bardziej mi odpowiadają, to przy następnych zakupach ponownie skuszę się na świecę Kringle. Intensywność i nasycenie zapachów produktów tej marki zdecydowanie bardziej do mnie przemawia, co oczywiście nie oznacza, że Yankee są kiepskie! Czy ktoś z Was miał już tę niewątpliwą przyjemność zaopatrzyć się w szklaną świecę Kringle Candle? Przesyłam pozdrowienia, K.

sobota, 3 czerwca 2017

Witaj w świecie jeży - "Elora. Wielka wyprawa" Krzysztofa Niedźwiedzkiego.

Lubię historie z elementami bajkowymi. Do tej pory ograniczałam się właściwie do oglądania filmów, nierzadko z animowanymi zwierzętami w roli głównej. To przecież takie wdzięczne stworzonka, które szybko potrafią chwycić za serducho i zasłużyć na sympatię. Kiedy na horyzoncie pojawiła się okazja na zapoznanie się z utworem literackim, którego bohaterami są jeże, postanowiłam wykorzystać tę szansę. Tego typu książki czytałam ostatni raz daaaaawno temu w szkole! Za sprawą pozycji "Elora. Wielka wyprawa" przeniosłam się do czasów młodości i absolutnie przepadłam :).

 
"Czasami śni mi się drugi brzeg. Wszystko jest tam inne, nieznane, nowe, pachnące."

Przed kilkoma laty, na jednej z leśnych polan, zadomowiła się gromada jeży. Ich spokojny żywot niestety został teraz zakłócony, bowiem w okolicy pojawiło się groźne stado turni - stworzeń niemal dwa razy większych od jeży. Jagodowe polany, które do tej pory stanowiły źródło pożywienia dla kolczastych, niebawem miały zostać splądrowane przez nieprzyjaciela. Zazwyczaj jeże decydowały się w takich sytuacjach na opuszczenie swojego terytorium i poszukiwanie nowego miejsca zasiedlenia. Jednak tym razem sytuacja nieco się skomplikowała. Rada Wielkiego Kamiennego Kręgu, reprezentowana przez starszych osobników, postanowiła opracować plan, dzięki któremu udałoby się zapobiec napaści. Młodsze jeżyki, przepełnione świeżą energią, postanowiły stworzyć w tajemnicy swój własny pomysł na rozwiązanie tej sytuacji. Ich przywódca, żywiołowy Krążek, przedstawił swoim kompanom plan działania oraz tajemną mapę z groty, dzięki której będą mogli odnaleźć Elorę, intrygującą krainę wiecznej szczęśliwości.

"Elora była największą zagadką, tajemnicą i świętością wszystkich jeży - upragnionym miejscem wiecznej szczęśliwości. Od bardzo wielu pokoleń przekazywano sobie wieść o krainie, w której jeże mogą żyć bezpiecznie, radośnie i beztrosko. Niektórzy traktowali ją jako wspaniałą legendę, inni wierzyli w jej istnienie i wyruszali na poszukiwania."

Młodziki nie zdawały sobie jednak sprawy, że dotarcie do wymarzonego i wyśnionego miejsca nie jest taką prostą sprawą. Wielka wyprawa okazuje się być ogromną próbą charakteru dla jeżyków. Czy czekające na ekipę Krążka przygody zmienią młodych? A może umocnią relacje pomiędzy nimi i ich przyjaźń? Czy tajemna mapa okaże się faktycznie doprowadzić jeżyki do wymarzonej Elory? Co stanie się z całą gromadą?

Każdy znajdzie w tej powieści coś dla siebie. Dzieciaki i młodzież będą mieć okazję aby wraz z jeżowymi bohaterami wybrać się na pasjonującą i wciągającą wyprawę. Starsi czytelnicy odnajdą w książce głębsze wartości - siłę braterstwa, wsparcie, odwagę, chęć do realizacji marzeń oraz przyjaźń i gotowość do pomocy innym w każdych warunkach. Te ponadczasowe prawdy mogą z kolei nieść naukę dla każdego. Język powieści jest uniwersalny, elastyczny. Młodszym czytelnikom nie sprawi on żadnego problemu, a starsi odbiorcy nie poczują, że sięgnęli po czytadło skierowane głównie do osób z niższej kategorii wiekowej. Na duży plus zasługuje także oprawa graficzna książki - okładka idealnie wpasowuje się w klimat powieści, a jeżowy akcent na początku każdego rozdziału dodaje całości uroku.


Ta historia wciąga. Czytając książkę niecierpliwiłam się i czekałam, aż dojdę do kolejnych rozdziałów, aby dowiedzieć się, jakie losy spotykały małych, kolczastych milusińskich. Cieszyłam się z ich powodzenia i martwiłam, gdy pojawiały się jakieś komplikacje. "Elora. Wielka wyprawa" była dla mnie przyjemną odskocznią od powieści, po które zazwyczaj sięgam.

Za możliwość przeczytania książki "Elora. Wielka wyprawa"
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams.