środa, 8 lipca 2015

Grudziądz - moje miasto na pocztówce.

Chociaż po skończeniu szkół często rozjeżdżamy się w różnych kierunkach, to zawsze gdzieś na mapie znajduje się nasz dom. Wyjeżdżamy w pogoni za karierą, za granicę, na studia, jednak w sercu wciąż ważne miejsce zajmują rodzinne cztery ściany. Ostatnio bardzo mało było tutaj wpisów związanych ze światem postcrossingu, dlatego dziś chciałabym nadrobić zaległości, przedstawiając moje miasto - Grudziądz. Zapraszam!

Zacznę może od zwyczajnych ogólników. Grudziądz leży na prawym brzegu Wisły w województwie kujawsko-pomorskim. Według danych z roku 2013 miasto liczyło niecałe 98 tys. mieszkańców. Najstarsze ślady bytności człowieka na tym terenie sięgają okresu około 8000 lat p.n.e., czyli późnego paleolitu :). Prawdopodobnie pierwsza wzmianka o Grudziądzu pojawiła się w roku 1064, natomiast data 11 kwietnia 1065 roku uznawana jest za jego metrykę.

 
Miasto może poszczycić się najdłuższym w kraju mostem drogowo-kolejowym (widoczny w tle powyższej widokówki). Zbudowany przez Niemców w czasach zaboru pruskiego stalowy Most im. Bronisława Malinowskiego  składa się z 11 przęseł, a całkowita długość obiektu wynosi 1098 m. Spotkałam się kilkukrotnie z osobami, które twierdziły, iż to Tczew posiada najdłuższy most w Polsce. Nic bardziej mylnego! Mierzy on 1030 m, a więc mniej niż chluba Grudziądza.


Zabytki Grudziądza znajdują się na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego (trasa turystyczna obejmująca 34 miasta z ceglaną architekturą gotycką w siedmiu krajach wokół Morza Bałtyckiego).  Mury obronne – m.in. Brama Wodna widoczna w lewym dolnym rogu powyższej pocztówki - to średniowieczne mury miejskie z XIV-XV w. Przyjmuje się, że ich pierwsze odcinki powstały na początku XIV w. Jeszcze w okresie średniowiecza były kilkakrotnie podwyższane i modyfikowane, m.in. w XV w. 
 
 
W Grudziądzu znajduje się kilka miejsc umożliwiających aktywny odpoczynek nad wodą, m.in. Jezioro Rudnickie. Turyści z całej Polski i nie tylko przyjeżdżają tam w celach rekreacyjnych - do dyspozycji podróżnych są dwie strzeżone plaże z kompleksem domków wypoczynkowych. Oczywiście relaks nad wodą możliwy jest także na Błoniach Nadwiślańskich, jednak należy pamiętać, iż Wisła to nie miejsce do kąpieli!
 
 
Wizytówką miasta są Spichrze – unikatowy zespół obronnych spichrzów nadwiślańskich, których historia sięga czasów średniowiecza. Poza handlem zbożem (z racji bliskiego dostępu do portu), spichrze pełniły okresowo inne role. Na początku XVII wieku jeden z nich objął funkcję świątyni ewangelickiej. Ta niewątpliwie interesująca atrakcja turystyczna zajęła 2. miejsce w plebiscycie organizowanym przez National Geographic na 7 cudów Polski.

 
Od kilku lat Spichrze mogą poszczycić się dodatkowym urozmaiceniem - władze miejskie uruchomiły olśniewającą iluminację tego zabytku, co nocą daje niesamowity efekt. Lubię spoglądać na ten cudowny obiekt podczas podróży pociągiem - przyjeżdżając z Trójmiasta od strony stacji przesiadkowej Laskowice Pomorskie można podziwiać z okna pociągu tak piękne widoki. Co ważne, od niedawna świetność panoramy podkreśla odrestaurowana Wieża Klimek, udostępniona o określonych porach dla mieszkańców i turystów. Z jej tarasu widokowego można dostrzec przy idealnej widoczności malownicze tereny oddalone nawet do 30 km. Miałam okazję odwiedzić Klimka w dniu jego otwarcia i szczerze powiem - robi wrażenie! Była to co prawda zima, jednakże widoki zapierały dech w piersiach... Byłam dumna ze swojego miasta :). Teraz pozostaje mi tylko wybrać się na wieżę latem, tak dla kontrastu dwóch pór roku.


Przejdźmy do jeszcze jednego ciekawego miejsca. Powyższa kartka przedstawia Cytadelę z lotu ptaka. Twierdza Grudziądz to system fortów, głównie z XIX wieku. Zadaniem twierdzy była osłona miasta i wcześniej wspominanego już, strategicznego mostu na Wiśle w razie jakichś działań ze strony Rosji. Centralnym punktem twierdzy jest Cytadela, zwana przez Niemców Twierdzą Courbiere'a. Inne forty powstały na przełomie XIX i XX wieku. Wiele z nich, włącznie z Cytadelą, zachowało się do dziś w dobrym stanie. Fragmenty fortyfikacji są dostępne dla zwiedzających.

Pocztówki zakupiłam dosyć dawno, nie należą one do najnowszych, pięknych kartek panoramicznych, które obecnie można otrzymać w punkcie Informacji Turystycznej. Przy najbliższej wizycie zamierzam nadrobić braki w mojej kolekcji. Póki co zostawiam Was, trzymajcie się! Dziękuję za komentarze, jakie zostawiacie pod moimi wpisami, a także za zainteresowanie tym, co mam do przekazania :). Buziaki!

poniedziałek, 6 lipca 2015

Jajko w kwiatku.

Witajcie Kochani! Niedawno na moim instagramie pojawiło się zdjęcie prosto z niedzielnego śniadanka. Obiecałam przedstawić, w jaki sposób je przygotowałam, a wiem też, że niektórzy z Was byli zainteresowani recepturą, dlatego dziś uraczę wszystkich kulinarnym postem. Krótkim, ale za to bardzo smacznym!

Przepis znalazłam kiedyś na jednej ze stron, jednak jego oryginalna wersja nie do końca sprzyjała moim i Adama upodobaniom. Zrezygnowałam z kilku składników i postawiłam chyba na najprostszą wersję tego dania. Wykonanie "muffiny" zajmuje dosłownie chwilę, ale kiedy już wyciągniemy ją z piekarnika, będzie cieszyć nie tylko kubki smakowe, ale i oko.


Na początek nagrzejcie piekarnik do 200 stopni. Kiedy temperatura będzie wzrastać, wy możecie natłuścić blaszkę do wypieku muffinek olejem. Oczywiście smarujecie tylko tyle otworów, w ilu zamierzacie przygotować kwiatuszki. Tak przygotowane foremki wykładacie dużym plastrem wędliny (u mnie Szynka Babci Wędzona, jak się domyślacie - z Biedronki :D). Do osobnego naczynia wbijamy jajko, doprawiamy solą i pieprzem, a następnie wlewamy je do środka wyłożonej szynką blaszki. Teraz wystarczy już tylko zapiekać nasze danie przez około 10 minut. Wędlina pod wpływem wysokiej temperatury uzyska przepiękne kształty - powiedzcie, czy chociaż odrobinę nie przypomina trochę jajka w kwiatku ;)? 

Jeśli już zdecyduje się na przygotowanie takiego śniadanka, to pozostaje mi życzyć SMACZNEGO! Trzymajcie się cieplutko, pozdrawiam, Karolina :).

sobota, 4 lipca 2015

Truskawkowa rozkosz idealna na upał :)

Witajcie! Nie mogłam czekać ani chwili dłużej - muszę podzielić się z Wami hitem trwającej jeszcze soboty. Bo weekendu to raczej nie wiadomo, mam wątpliwości bowiem, czy ten bohater dotrwa do końca dzisiejszego dnia, a co dopiero do chociażby początku niedzieli... Mowa o cudownym cieście truskawkowym, do wykonania którego nie musicie włączać nawet na sekundę piekarnika. Inspirację zaczerpnęłam z przepisu umieszczonego w sieci, jednak musiałam wprowadzić pewne zmiany do podanej receptury. Wiem, że pewnie znowu zabijacie mnie w myślach, bo ponownie prezentuję jakiś smakołyk, ale wybaczcie - nie mogłam tego przepisu trzymać tylko dla siebie!


"Misiek... to kiedy będzie to ciasto?" - takim pytaniem rozbawił mnie Adam, kiedy dałam mu do posmakowania resztę środkowej warstwy, jaka została w garnuszku. Wiedziałam, że kiedy tylko ciasto schłodzi się w lodówce, szybko będą znikać jego kolejne kawałki. Nie martwi mnie to zbytnio, gdyż przygotowanie truskawkowej rozkoszy jest banalnie proste i potrzeba zaledwie jednego wieczoru, aby móc cieszyć się kolejnego dnia pysznościami.

Zacznijmy od spodu! 
  • 200 g herbatników maślanych,
  • po 2 paski czekolady gorzkiej i mlecznej,
  • 50 g masła.
W kąpieli wodnej rozpuszczamy naszą czekoladę. W między czasie w rozdrabniaczu siekamy ciasteczka na konsystencję mokrego piasku. Następnym krokiem będzie dolanie do herbatników płynnej czekolady. Mieszamy przy użyciu naszego sprzętu, dodajemy miękkie masło i powtarzamy czynność. Jeśli posiekane ciasteczka nie połączą się dokładnie z masłem, możemy wspomóc się mieszaniem zwykłą łyżką. Kiedy już wykonamy wszystkie czynności, wykładamy formę papierem do pieczenia. My niestety nie mamy JESZCZE odpowiedniej blaszki (same keksówki :D), która jest potrzebna do wykonania tego ciasta, więc wybór padł... na naczynie żaroodporne :D. Tak czy siak, jego wymiary to jakieś 25x20 cm, no i 5 cm wysokości. Jeśli już przygotujecie formę, możecie wyłożyć masę, pomagając sobie w jej rozprowadzeniu szklanką, oczywiście pamiętając o dokładnym dociskaniu. Gotowy spód wkładamy do lodówki do stwardnienia. Ja po jakiejś godzinie zabrałam się za kolejną warstwę.

Kremowy środek...
  • 250 g serka mascarpone,
  • tabliczka białej czekolady, np. Alpen Gold (90 g).
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, a następnie zdejmujemy garnuszek z kuchenki i czekamy do jej lekkiego ostygnięcia. Kiedy uznamy, że temperatura jest już w porządku, mieszamy z serkiem. Wykładamy na nasz twardy spód i umieszczamy w lodówce na jakąś godzinkę, ewentualnie dwie. PS. To właśnie ta część ciasta smakuje najbardziej Adamowi, co w sumie w ogóle mnie nie dziwi. Dobrze, że wcześniej nie dałam mu posmakować kremowej masy, bo pewnie niewiele by mi jej zostało do wyłożenia na ciasteczkowy spód :D. 

Czas na czerwień!
  • galaretka truskawkowa,
  • truskawki.
Galaretkę rozpuszczamy w 300 ml zagotowanej wody i odstawiamy. Teraz pora na owoce - możemy je zostawić w całości lub też pokroić na kawałki i umieścić na kremowej masie, lekko dociskając. U mnie na zdjęciu nie ma ich za dużo, ale to wina mojego owocowo-wybrednego niejadka! Śmiało możecie ułożyć kawałek przy kawałeczku, dzięki czemu deser będzie jeszcze bardziej truskawkowy :). Zimną, ale jeszcze płynną galaretką zalewamy ciasto i ponownie umieszczamy je w lodówce. Zabrałam się za nie wieczorem, więc galaretka miała mnóstwo czasu na stężenie, a przy okazji nikt niecierpliwie nie pytał co pięć minut, czy już można spróbować, gdyż zwyczajnie spał :).


Ciasto jest WYŚMIENITE i mówię to nie tylko ja, ale i Adam, który zjadł już jakieś 2/3 naszej hm... "blaszki" :D. Przechowywane musi być oczywiście w lodówce, ale to zdecydowany plus biorąc pod uwagę panujący od wczoraj gigantyczny upał, chłodne stanowi bowiem chwilowe ukojenie od wysokiej temperatury :). Zapraszam do kuchni i życzę smacznego! Buziaki.

piątek, 3 lipca 2015

Trzy pocztówki z Karpacza.

W taki dzień jak dzisiejszy, kiedy za oknem pogoda dosłownie rozpieszcza od samego rana, człowiek kieruje swoje myśli na temat wakacyjny. Wracamy pamięcią do udanych chwil, jakie spędziliśmy w poprzednich latach podczas letnich wyjazdów, ale także rozmyślamy nad nowymi celami wypraw. Nierzadko za kierunek naszej podróży obieramy góry - to właśnie one zainspirowały mnie do dzisiejszego wpisu. Wczoraj Adaś zaproponował, czy może nie udalibyśmy się na wakacje właśnie na południe Polski. To pytanie podsunęło mi temat...

Miło, kiedy inni pamiętają o Twoim hobby i wracają ze swoich podróży z miłymi niespodziankami, szczególnie dla Ciebie! Zeszłoroczny wyjazd cioci w sierpniu do Karpacza zaowocował trzema nowymi kartkami w moim albumie. To właśnie one będą bohaterkami dzisiejszego wpisu.


Pierwszy multiview składający się z trzech elementów spodobał mi się najbardziej, w szczególności Świątynia Wang. Ten Kościół Górski Naszego Zbawiciela został przeniesiony w 1842 roku z miejscowości Vang (Norwegia). Zbudowano go z sosnowych bali na przełomie XII i XII wieku. Uważa się go za najstarszy drewniany kościół w Polsce. Co ciekawe, przy jego budowie nie użyto gwoździ :). Poniżej przedstawiam kolejne widokówki.


Tutaj mamy do czynienia aż z sześcioma elementami. Pierwsza, okazała budowla to Hotel Gołębiewski, należący do sieci niezwykle luksusowych hoteli. Zaraz obok znajduje się jedna z największych atrakcji - wszystkim dobrze znana (chociażby z lekcji geografii) Śnieżka, najwyższy szczyt w Karkonoszach i jednocześnie w całych Sudetach. Według najnowszych pomiarów czeskich mierzy aż 1603 m n.p.m.! W dolnej partii pocztówki, zaczynając od lewej, można ujrzeć Schronisko Samotnia nad Małym Stawem. Miniaturka w środku przestawia ulicę Karkonoską. Zaraz obok widnieje wcześniej wspomniana świątynia, no i na końcu Dziki Wodospad.


Na ostatniej kartce powtarza się kilka wcześniejszych elementów. Zaczynając od lewej: ponownie Śnieżka, zaraz obok Obserwatorium IMGW (Obserwatorium Wysokogórskie na Śnieżce im. Tadeusza Hołdysa, placówka Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej), Wang, Dziki Wodospad, Skocznia "Orlinek" i Schronisko Samotnia. Ciekawostką może być fakt, iż historia obserwacji meteorologicznych na Śnieżce sięga aż 1824 roku. Na początku prowadzono je w kaplicy św. Wawrzyńca, ale miały one charakter raczej mało regularny. Dopiero kolejne lata przyniosły możliwości rozwoju. Jeśli chcielibyście zobaczyć model tego obserwatorium w skali 1:25, to macie taką okazję odwiedzając Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska w Kowarach. 

Przeglądając moje górskie pocztówki zaczęłam poważnie zastanawiać się nad propozycją wyjazdu w te cudowne rejony naszego kraju. Co prawda marzyłam o spędzeniu grudniowych świąt w Zakopanem, ale każdy moment jest dobry, aby wybrać się na południe Polski. Ostatni raz w górach byłam w szóstej klasie podstawówki, jak się domyślacie z wycieczką szkolną. Hm, może historia kołem się toczy ;)?

Życzę Wam udanego weekendu, skrzynek pełnych wspaniałych przesyłek i świetnych wakacyjnych wyjazdów! Do zobaczenia, buziaki.

wtorek, 30 czerwca 2015

Słodki smak wakacji.

Witajcie! Wczorajszy poniedziałek rozpoczął mój pierwszy tydzień letnich ferii. Ostatni egzamin mam już za sobą i czekam jeszcze tylko na dwa wyniki, ale cokolwiek by się nie stało, to i tak wszelkie poprawki dopiero we wrześniu :). Chociaż z uczelnią pożegnałam się już w czwartek, to tak naprawdę wczoraj zaczęłam odczuwać wakacyjny klimat. Krótki spacer do sklepu uświadomił mi, że tym razem nie muszę się spieszyć, bo żadne uczelniane obowiązki mnie nie gonią. Mogę na spokojnie przejść się tu i tam bez obaw, że tych kilka cennych minut mogłabym przeznaczyć na naukę do egzaminu. Niestety nad głową pojawia się inna ciemna chmura - kilka domowych obowiązków wciąż zaprząta mi myśli. Ale co tam, bez pośpiechu! Lepiej wrzucić coś na ząb... coś pysznego!

Miał być pocztówkowy post, ale nie mogę dłużej zwlekać z podzieleniem się z Wami przepisem na deser bogów, który rozpoczął moje wakacje. Uprzedzam, ewentualny trening po jego spożyciu musi być nieco dłuższy, gdyż duża szklanka słodkości to prawdziwa bomba kaloryczna!


Wygląda apetycznie, prawda? Mówię Wam - raj dla podniebienia! Dużą ilość słodyczy usprawiedliwiam obecnością zdrowych i bogatych w witaminy owoców. Aby przygotować deser dla dwóch osób potrzebujecie:

  • pół opakowania ciastek owsianych (np. Bonitki z Biedronki),
  • garść borówek i truskawek,
  • banana i nektarynkę,
  • czekoladę - 70 g mlecznej i 30 g gorzkiej,
  • Śnieżkę (a do niej zimne mleko),
  • lody śmietankowe (np. Symfonia, również z Biedronki :D),
  • opcjonalnie jogurt grecki.
Na początek polecam rozpuścić czekoladę w kąpieli wodnej. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że podczas tej czynności dobrze jest ułożyć garnuszki tak, aby ten z czekoladą nie był zanurzony w wodzie, a jedynie się nad nią znajdował.


Połamaną czekoladę wrzucamy do naczynia i mieszamy co jakiś czas. Jeśli nie lubicie gorzkiej, możecie spokojnie użyć tylko mlecznej. Osobiście wolę pozostać przy zaprezentowanej przeze mnie wersji, gdyż i tak deser będzie dość słodki, a obecność jaśniejszej tabliczki spotęguje to odczucie. Oczywiście jest to moje subiektywne zdanie, gdyż Adam preferowałby z kolei tylko mleczną.

Kiedy nasza czekolada będzie się roztapiać, możemy zająć się owocami. Pamiętajcie, aby je dobrze umyć. Nektarynkę kroimy w paseczki, banana w talarki, a truskawki po prostu na mniejsze części. 


Teraz czas na owsianą kruszonkę. Wrzucamy ciasteczka do rozdrabniacza i siekamy na kawałeczki.


Kiedy nasza czekolada już się rozpuści, zdejmujemy garnuszek z kuchenki i odstawiamy na boku, aby lekko ostygła. Pamiętajmy oczywiście o mieszaniu co jakiś czas, nie chcemy przecież jednej wielkiej zlepki :)! Płynna masa posłuży nam do przygotowania musu. No właśnie, jak go zrobić? Podczas schładzania rozpuszczonej czekolady ubijamy Śnieżkę. No i tutaj mam drobną uwagę. Nie polecam stosować się w 100 % do instrukcji zawartych na opakowaniu tego typu produktów (dotyczy to również kisielu czy też budyniu). Chodzi mianowicie o ilość płynów, jakie dodajemy do sproszkowanej substancji, gdyż w efekcie możemy otrzymać rozwodnioną papkę. Pamiętajmy - lepiej nalać trochę mniej mleka/wody!


Z ubitej śnieżki odkładamy dwie-trzy łyżki do dekoracji górnej części naszego deseru, a resztę wrzucamy do garnuszka z chłodniejszą już czekoladą. Po dokładnym wymieszaniu powstanie nasz bardzo kaloryczny mus. Teraz możemy zabrać się do wypełnienia szklanek (u mnie te z IKEI).
  1. Na dnie ląduje czubata łyżka rozdrobnionych ciasteczek.
  2. Do akcji wchodzą plasterki bananów.
  3. Trzecia warstwa to łyżka bądź też dwie lodów śmietankowych.
  4. Czas na czerwień - wrzucamy nasze truskawki.
  5. Teraz będzie bardzo słodko - nakładamy mus! Dla mnie w zupełności wystarczy jedna łyżka, ale łasuchy mogą pozwolić sobie na więcej (np. Adaś :D).
  6. Odrobinka lodów ląduje na naszej puszystej czekoladzie. Myślę, że płaska łyżka będzie optymalna.
  7. Reszta ciasteczek ląduje jako posypka na dotychczasowych warstwach.
  8. No i góra! Wykorzystujemy odłożoną po ubiciu czystą, białą Śnieżkę. Tutaj trochę drogi się rozchodzą, bo chcąc ograniczyć ilość słodyczy, do ozdobienia szczytu mojego deseru użyłam jogurt grecki. 
  9. Posypujemy borówkami i wkładamy w białą górkę paseczki nektarynki.
  10. Tadaaaaa! Smacznego :).

Uprzedzam lojalnie - deser jest naprawdę bardzo słodki, ale człowiek i jego kubki smakowe czasami potrzebują takiego szaleństwa. Obiecuję już nie robić Wam smaku na takie pyszności i za kilka dni powracam z pocztówkowym tematem na bloga! Teraz czas na przygotowania - Adaś ma dziś urodziny, więc sami rozumiecie ;)! Buziaki, K.