Witajcie Kochani! Na początku chciałabym przeprosić za moją długą nieobecność... Teraz znowu czeka mnie nadrabianie zaległości, zarówno u Was, jak i u siebie. Obiecałam Wam przecież relację z wycieczki, która miała miejsce... miesiąc temu! Tak, minęło już tyle czasu, a ja zamieściłam jedynie kilka wpisów - Katowice, Chorzów i Jaworzno. Nie martwcie się, na dniach powrócę do tego tematu, albowiem w końcu mam czas na pisanie (no i dostęp do komputera)! Dziś lekki post nawiązujący do pierwszej połowy października. Tym samym będzie to też zapowiedź najbliższych wpisów :).
No dobra, może na początek trochę cięższy temat... Nie wierzę w to, że dziś, czytając po przebudzeniu książkę, musiałam włączyć lampę! Dosłownie tak, jakby to był wieczór. Ostatnio miałam trochę na głowie i teraz chciałam powrócić do rewelacyjnej lektury "PS KOCHAM CIĘ", jednak świetność tego rytuału popsuła intensywna szarość za oknem połączona z depresyjnym deszczem. Tej części jesieni zdecydowanie nie lubię, choć póki co nie było tak źle - minione tygodnie raczej cieszyły oko piękną pogodą za oknem. No i właśnie - popełnilibyśmy ciężki grzech, gdybyśmy z niej nie skorzystali.
Miniony piątek, który był de facto bardzo słoneczny, zleciał nam pod znakiem wycieczki, której celem stało się moje ukochane miejsce w Borach Tucholskich - Rosochatka, a dokładniej Główka. Część z Was widziała już pewnie kilka zdjęć na instagramie, jednak była to kropla w morzu, gdyż fotek ukazujących piękno tej części borów jest znacznie więcej. Ciekawi? Spokojnie, i na Główkę przyjdzie czas na blogu.
Matko, zapomniałabym! Przecież z początkiem października rozpoczęła się kontynuacja pewnej historii... Ostatnia już część mojej przygody na studiach - przynajmniej taką mam nadzieję i będę dokładać wszelkich starań, aby tak właśnie było! Żeby tak się stało, muszę pamiętać o jednym z najważniejszych punktów do realizacji na ten rok... Pisaniu pacy magisterskiej. Moja ostateczna wizja dotycząca jej zawartości została poprawiona i zaakceptowana, pozostaje tylko zabrać się za stukanie w klawisze i obserwowanie, jak to cudownie zapełniają się kolejne strony Worda. Nie postawiłam jeszcze pierwszej litery tego przyszłego dzieła, ale poczyniłam pierwsze kroki ku zebraniu materiałów. Oczywiście biblioteka jest tak obszernie zaopatrzona, że ciekawsze egzemplarze mogę zobaczyć jedynie na miejscu, tak więc trzeba będzie wygospodarować w przyszłym tygodniu czas i odwiedzić ten zacny budynek przy moim wydziale w Sopocie. Na tym się nie skończy, bo większość interesujących mnie książek znajduje się przy głównym kampusie uniwerku w Gdańsku, także do wypożyczenia NA MIEJSCU. Szczerze mówiąc nie wiem, po co przy wydziale nauk społecznych, matematyki, biologii itp. znajdują się pozycje dotyczące np. transportu szynowego i jego przyszłości. Przecież to książka idealnie wpasowująca się w profil transportowy...
O czym będę pisać? O tym, co na licencjacie - o kolei, czyli o czymś, co mnie interesuje. Trochę wykorzystuję ten fakt jako usprawiedliwienie moich zakupów. O co chodzi? A o to, że moje hobby (o którym także niebawem przeczytacie) obejmuje również uzupełnianie kolekcji książek kolejowych. Tym sposobem łączę przyjemne z pożytecznym! Ostatnio zaopatrzyłam się w kilka tematycznych pozycji, z czego większą z powyższego zdjęcia kupiłam w super promocji w Matrasie! Jeśli posiadacie zrealizowany bilet PKP IC, możecie wykorzystać go jako dokument uprawniający do 25% rabatu. Nie dajcie się omamić niektórym sprzedawczyniom - w jednym ze sklepów, gdzie chciałam się dowiedzieć o szczegóły promocji, pani poinformowała mnie, iż bilet musi być wydrukowany, ponieważ ona go potem zabiera. Guzik prawda! W dobie internetu, smartfonów, tabletów i innych podobnych urządzeń wiele z nas nie zaprząta sobie głowy kupowaniem w kasie biletów, a tym bardziej ich drukowaniem. Kiedy kupowałam książkę, nie miałam przy sobie papierka z podróży do Katowic, a jedynie plik pdf w telefonie, który ściągnęłam w razie, gdybym zapomniała w dniu pamiętnej podróży wersji drukowanej. Okazało się, że dla innej sprzedawczyni nie stanowiło to problemu, spisała sobie na kartce numer biletu i po krzyku. Cóż, niektórym ciężko jest sięgnąć po karteczkę i długopis.
Jeśli już mowa o zakupach, to miałam ich ostatnio na głowie całkiem sporo. Jak wiecie, wakacje minęły pod znakiem delegacji Adama i mojego pobytu u rodziców. Tym sposobem w domu, a dokładniej w kuchennych szafkach i lodówce, brakowało naprawdę wielu rzeczy! Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym poza spożywką nie kupiła kilku gadżetów kuchennych i ominęłabym drogerie... W mojej łazience pojawiło się kilka nowych dla mnie rzeczy, relacja niebawem!
Jak jesień, to w otoczce pięknych zapachów. Przechodząc obok stoiska Yankee w Rivierze nie mogę się powstrzymać, żeby chociaż na sekundę nie zatrzymać się przy szybce wystawowej i nie popatrzeć na cudownie wyglądające woski. Czasem kończy się tylko na podziwianiu, jednak nie tym razem. Do mojej kolekcji dołączyło kilka fajnych zapachów, które postanowiłam połączyć w kominku do wosków. O nowych dla mnie wariantach oraz ich łączeniu powstanie osobny post.
Na zakończenie słodki akcent - szarość jesieni warto zniwelować kolorowym akcentem w postaci pysznego ciasta, pachnącego czekoladą i pomarańczą (dobra, olejkiem pomarańczowym :D). Bądźcie czujni, dokładny przepis niebawem (wersja skrócona na IG) - warto z niego skorzystać, bo ciacho po prostu rozpływa się w ustach... No i znika w tempie ekspresowym.
To byłoby chyba na tyle. Lecę zrobić sobie jakieś śniadanko, a Wam życzę udanego weekendu, przede wszystkim z dużą dawką słońca! Ściskam gorąco :).



















































